Bieszczadzkie złoto

czyli wędrówka śladem Bikeaway

autor: Piotr Wierzbowski
5
(6)

Kiedy na początku października prognozy zapowiadały idealną, złotą polską jesień, zadzwoniłem do Michała Franaszka z Bikeaway.pl, spakowałem się szybko i zawitałem na jego rajdzie przez Bieszczady, czyli Bike of Poland.

Michała spotkałem już kiedyś, więc wiem, że ma spore doświadczenie w przygotowywaniu zorganizowanych przejazdów dla innych. Zna miejsca, ma je objeżdżone i – jak twierdzi – wybiera najlepsze z najlepszych szlaków i ścieżek w danej okolicy. Pomyślałem: „Sprawdzam”! Co mi szkodzi naładować akumulatory pośród pięknych, jesiennych krajobrazów południa Polski.

Lepiej późno, niż wcale

Kiedy po całym dniu w samochodzie, dołączam w piątek wieczorem  do ekipy, na liczniku mam prawie 800 km. Do schroniska młodzieżowego w Górzance zjechała już większość uczestników przejazdu, ale nieliczni maruderzy wciąż pokonują bieszczadzkie przewyższenia. To z pewnością Ci, którzy wybrali dłuższy, trudniejszy wariant trasy. O tym, jak Michał zorganizował atrakcje na trasie, mam przekonać się podczas odprawy technicznej. Wcześniej jednak ktoś częstuje mnie przy ognisku piwem, ktoś inny wyraża zakłopotanie w kwestii losów niedzielnej Coffee Wanogi. „Skoro jestem w Bieszczadach, to ustawki nie będzie” – odpowiadam. Nie zdaję sobie sprawy, że trójmiejska ekipa już organizuje się sama, by spotkać się na wanogowej trasie w niedzielny poranek.

Ja jestem jednak „tu i teraz” na drugim końcu Polski. „Każden jeden musi sobie czasem pojeździć”. Niekoniecznie wokół domu.

Przy ognisku panuje swobodna atmosfera. Michał zadbał o wegański posiłek dla mnie, po czym zaprosił wszystkich na odprawę.

Okazuje się, że podział na riderów na góralach i gravelach to nie wszystko. Michał przygotował warianty każdej z tras, o czym informuje przez szczekaczkę, jednocześnie pokazując możliwości zmian na mapie, wyświetlanej na ścianie za pomocą rzutnika. Lubię niespodzianki, więc nie skupiam się za bardzo na odprawie. Nie mam pojęcia, który wariant wybrać, więc na pytanie, kto jedzie długą i trudną wersję gravela, jako jedyny podnoszę rękę. Widocznie reszta ekipy ma już doświadczenia z dwóch poprzednich dni jazdy. Jakieś 3000 m przewyższeń w nogach też mogą ostudzić entuzjazm. Ja jestem jak tabula rasa, więc idę na całość. Co ma być, to będzie.

Co masz zrobić rano, zrób wieczorem

Spoglądając na rowery uczestników wypadu zastanawiam się, skąd u licha tyle na nich błota… przecież jest sucho. Jeszcze mtb, to rozumiem. Ale gravel?

Nieważne, moją uwagę pochłania problem z załadowaniem śladu do Wahoo. Korzystam z Bolta 2 dzięki uprzejmości sklepu rowerowego Velomania.pl i muszę przyznac, że od kilku lat jestem fanem Bolta (wkrótce na blogu porównanie pierwszej wersji z najnowszym modelem). Takie „coś” zdarza mi się drugi raz. Zaczynam żałować, że wieczorem poddałem poczuciu zmęczenia, zamiast przygotować się do trasy. Tracę więc jakieś pół godziny na próby wgrania przez RWGPS, Dropbox, czy bezpośrednio. Nic. W akcie desperacji wchodzę w ustawienia i widzę, że mam w aplikacji dwa urządzenia: stare i nowe. Starego Bolta zjadły mi psy (moje własne 😄), więc odinstalowuję go. Voilà! Wszystko działa. Ach, ta elektronika… Jednak raz okiełznana, jest niezastąpiona w służbie bikepackersa.

Urszulę znam wirtualnie, z jej przygód publikowanych na Komoot. Czas wypić razem herbatę miętową!

Sam, ale nie samotny

Jadąc na rajd spodziewałem się gwaru, efektu stadnego, procesu grupowego. Tymczasem pośród nieco ponad trzydziestu uczestników, tworzą się malutkie grupki. Każdy chce pojechać innym wariantem trasy, wyruszyć o innej porze, każdy ma inne oczekiwania. Niektóre grupki są 2-3 osobowe. Nikt jednak nie chce zmierzyć się z 80-metrowym brodem na Sanie. Wyruszam więc sam.

Lubię samotne wędrówki, nie przeszkadza mi poczucie bycia samemu. CO więcej, łatwiej wtedy o uważność. Ruszam więc ku przygodzie.

Pan Zbyszek

Pierwszą atrakcją na trasie ma być nie tyle bród na Sanie, co pokonanie go z pomocą Pana Zbyszka. Instrukcja jest prosta: „Znajdź zielony dom przed rzeką i poproś właściciela, aby pomógł Ci w przeprawie.”

Pierwsze kilometry są mieszanką asfaltów i szutrów, z przewagą tych pierwszych. Po drodze zgarniam bułkę i napój w spożywczym i zjeżdżam w stronę Średniej Wsi, by odnaleźć Pana Zbyszka. Nie jest to trudne – dom faktycznie jest zielony, a na podwórku miły pan w niebieskiej kamizelce lakieruje swój ciągnik. Odnoszę wrażenie, że wręcz cieszy się na mój widok. Ochoczo odpala drugą maszynę i zaprasza mnie, żebym wygodnie siadł na skrzynce narzędziowej z tyłu. Ahoj przygodo!

Pan Zbyszek i jego ciągnik

Przeprawa jest naprawdę fajna. Dzieje się. Nogami zapieram się o konstrukcję samoróbki, jedną ręką trzymam rower, drugą próbuję coś sfilmować, żeby było do relacji na jutuby. Daję radę, więc cała akcja będzie do obejrzenia już niedługo. 

A miało być tak pięknie

No i jest pięknie! Po pokonaniu Sanu, szutrowa, wyboista droga zabiera mnie wzdłuż rzeki na wschód, by pośród jesiennych barw zbliżyć się do Jeziora Myczkowskiego. Michał zapowiadał na odprawie, że będzie jeden, może dwa sklepy po drodze. Ale po samodzielnym pokonaniu kolejnego brodu w Myczkowicach, trafiam na bandę motocyklistów. Właśnie kończą śniadanie w restauracji, więc dołączam do nich. Nie ma to jak zjeść dobrze z rana. Dzwonię do Michała z informacją, że jest super i wcale nie tak surowo, jak zapowiadał. „Koniecznie zajedź zobaczyć krowy! To nieco odmieni twoje odczucia.” – informuje, kiedy wspominam, że jest całkiem sporo odcinków asfaltowych.

„Krowi” odcinek to wybrzuszenie na śladzie, które ma mnie sprowadzić na malownicze łąki, na których pasą się krowy. Sielskie widoki? Pewnie! W końcu po to tu przyjechałem.

Chwilo trwaj

Kiedy piękne, epickie, szutrowe „premjumy” prowadzą mnie w górę, mijam znak informujący, że jestem na końcu świata. „Fajnie!” – myślę i kiedy oglądam się za siebie, słońce i chmury malują cudowny obraz. Ze wzgórza rozciąga się pocztówkowy* widok. Siadam, żeby dokończyć drożdżówkę. Jest nad wyraz ciepło, wręcz gorąco. Chwilo trwaj!

*Pocztówka to taki kartonik ze zdjęciem, który wysyłało się kiedyś z wakacji. 🙂 Pocztówki są dalej dostępne, ale po co karmić Pocztę Polską? 😉

Między innymi takimi drogami prowadziła bieszczadzka wędrówka.

Krowy wyszły

Co prawda pastwiska są opustoszałe, ale to nie sprawia, że się nudzę. Wręcz przeciwnie – teren zmienia się z przejezdnego w wymagający i po kilku kolejnych kilometrach pojawia się myśl, że PoKoP mógłby przyjechać tutaj na szkolenie z „Pachulszczyzny”. Michał zmieścił wszystkie atrakcje długich ultramaratonów przygodowych na 15-kilometrowym odcinku. Są bagienka, błoto, brody, lessowe drogi polne, przeprawy po resztach konstrukcji dawnego mostu. Znowu mogę sobie przypomnieć, dlaczego wolę napęd 1x. 😎

Na jednym z takich błotnych odcinków, kiedy zjeżdżam na pole, by utrzymać jezdność roweru, trafiam na kamień. Nie pierwszy i nie ostatni, ale ten jest nie byle jaki! Schowany w trawie czyha na nieroztropnego kolarza, jak mina przeciwmleczna. Najeżdżam na niego, a ten bezpardonowo rozprawia się z przednią oponą. Czuję dobicie, słyszę syk. O-o! A jednak. Ostatni raz rozciąłem w taki sposób oponę w pierwszym dniu „Wschodu”… Zaraz, zaraz, to też było w Bieszczadach!

Podpis zdjęcia.

Nic to. Przyglądam się na rozcięcie i stwierdzam, że mleko da radę. A nawet jeśli nie, to pomogę mu kołkując oponę. Coś jednak nie gra. Wraz z uciekającym przez rozcięcie powietrzem powinien sikać uszczelniacz. Hmmm… Kiedy ostatnio uzupełniałem mleko?… Tak… Jest na to słowo. Nonszalancja. Może głupota. Jak to mówią…

Jak się nie ma w głowie...

…ma się w nogach. Ale jak to, przecież mogę wrzucić dętkę i po sprawie. Tak, tylko trzeba mieć tę dętkę! Dętkę dałem komuś na ustawce. Nie zabrałem kolejnej do torby. Brawo Piotr! 

Na szczęście Michał ochoczo odbiera ode mnie telefon i usłyszawszy, co się stało przypomina: „Mówiłem, że ci się spodoba!”. 😊 Mam jakieś 8 kilometrów do najbliższego sklepu, w którym inny uczestnik rajdu zostawia mi właśnie dętkę. Nie jest źle.

Podziel się z innymi

Podoba Ci się artykuł? Prześlij go dalej, udostępnij znajomym. Podziel się!

Na skróty

W ciągu kilkudziesięciu minut docieram do sklepu, gdzie zwinięta dętka czeka na mnie na szali przestarzałej wagi z Lubelskich Fabryk Wag. Dętka jest za darmo, ale dokupuję coś do jedzenia i picia. Bez mięsa są: bułka i jabłko. I piwo bezalkoholowe.

Wiem, że nie jestem uratowany. Widzę to „na oko”. Koła Evanlite New Gravel mają wiele zalet, ale jedną cechę, która może okazać się wyzwaniem w takich sytuacjach – do wyższego stożka potrzebna jest dętka z dłuższym wentylem. Zanim więc ściągnę oponę, próbuję ją zakołkować. Z pustego i Salomon nie naleje. To nie ma prawa zadziałać. 

I wtedy po raz kolejny poznaję życzliwość lokalsów. Mieszkaniec Polany proponuje mi skorzystanie z jego narzędzi, w tym ze sprężarki. Ochoczo przystaję. Dzięki temu, przy użyciu kompresora i gumowego wężyka, jesteśmy w stanie napompować dętkę z wentylem wystającym jedynie 2-3 mm z obręczy. Pompka by tego nie chwyciła. 🤩

Teraz wiem, co czują ultrasi na gravelach z kołami nabitymi do 3-4 atmosfer. Nagle szuter staje się gruzowiskiem i nic już nie odpowiada za amortyzację w gravelu. Jedynie karbonowe elementy pochłaniają nieco drgań, ale kamerka zamontowana na kierownicy skacze tak, że nic nie uratuje ujęć. Cóż, to element przygody i zbierania doświadczeń. Jeżdżąc bezawaryjnie miesiącami, można popaść w rutynę i przekonanie, że złe rzeczy nie przytrafią się nam. Statystyka uznaje inaczej – im dłużej jest ok, tym większe prawdopodobieństwo, że zaraz coś się wydarzy. Bądźmy na to przygotowani. Nie ma co panikować, defekty są elementem przygody. Warto jednak mieć dętkę. 

Skracam nieco trasę, aby dotrzeć do schroniska w Wetlinie przed nocą.

Na miejscu czeka na mnie nielimitowana porcja wegetariańskiej papryki z kaszą i wesołe towarzystwo innych uczestników. Michał organizuje pokaz zdjęć, każdy opowiada coś od siebie. Ponownie uświadamiam sobie, a różni ludzie odbierają te same miejsca zupełnie inaczej. I to jest fajne.

Michał organizuje podobne wypady w Polsce i zagranicą. Gdybyście chcieli w nich uczestniczyć, znajdziecie go na Facebooku.

I jeszcze dla wyjaśnienia – na mapie nie ma śladu przejazdu, jako że autor trasy zastrzega sobie prawa do niej. Nie można jej udostępniać. 

Podobał Ci się artykuł? Dodaj swoją ocenę!

Kliknij, aby ocenić

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów 6

Dodaj pierwszą ocenę!

Dodaj komentarz

1 dodaj komentarz

Michał 16 października 2022 - 12:38

Zatem mimo tylko jednego dnia jazdy, miałeś Piotrze skumulowane wrażenia wszelkich możliwych typów 😊😇🚴‍♀️ Pozazdrościć takiej kumulacji! 😊 A w 2023 cykl Bike of Poland będzie liczył już 5 „wdrożeń”: Bieszczady, Kaczawy, Suwalszczyzna, Beskid Niski i pogórza karpackie. To ostatnie nie będzie pętlą, ale piękną podróżą na wschód przez 5 pogórzy. Mam nadzieję, że na którymś będzie okazja spotkać się na całości! 😊 Dzięki Piotrze za super relację. Świetnie się czytało! 😊❤ I mnie czytając też zaświtała myśl, jak różnie ludzie potrafią opisać to samo doświadczenie. Ty miałeś to przy opowieściach podczas pokazu zdjęć, a ja, przy Twojej lekturze, bo sam na masę rzeczy nie zwróciłbym uwagi 🙂 Dzięki raz jeszcze! 🙂❤

Odpowiedz

You may also like