Gravmageddon-owy zawrót głowy [wideo]

O tym, jak fajnie jeździ się w górach

autor: Piotr Wierzbowski
5
(10)

Zatęskniłem za gravelową wyrypą, za integracją z innymi świrami, za ściganiem… No dobrze, może nie ściganiem. Nazwijmy to kolarstwem romantycznym z trackerem w torbie. W końcu nie czas przejazdu jest wtedy najważniejszy, ale pozytywne emocje. A tych na drugiej edycji Gravmageddonu nie zabrakło!

Drugi koniec Polski

Nie ma co ukrywać, że pierwszym wyzwaniem, zanim w ogóle dotrze się do południowo-zachodniego przylądka Polski, jest logistyka. Oczywiście zakładając, że mieszka się nad morzem. I nie tyle odległość daje się we znaki, co właśnie rozpoczęty remont torów pomiędzy Jelenią Góra i Szklarską Porębą. Po co robić to na wiosnę, jak można rozpocząć prace w szczycie sezonu turystycznego? 

Podróż pociągiem, pomimo wspomnianych niedogodności wciąż wydaje się być najlepszą opcją. Obecnie składy IC są dosyć nowoczesne, klimatyzowane, z miejscami na rowery. Co prawda liczba wieszaków na jednoślady jest ograniczona, ale jednak są.

Z pomocą w zaplanowaniu podróży przychodzą mi zazwyczaj aplikacje: Koleo.pl, Bilkom.pl i w ostateczności strona przewoźnika InterCity. Podobnie było i tym razem, więc z łatwością wyznaczyłem plan podróży. Wszystko gotowe, można ruszać ku kolejnej przygodzie!

Posłuchaj podcastu o podróżowaniu na gravelowe ultra. Usłyszysz podpowiedzi na dotarcie na start różnymi środkami transportu. Rzeczniczka prasowa PKP Intercity wyjaśnia, jak bezpiecznie przewozić rower w pociągu.

Nowa baza. Stara, dobra trasa

W pociągu poznałem Tadeusza, który jechał w Karkonowsze ze swoim fullem, bynajmniej nie na Gravmageddon. Mieliśmy o czym rozmawiać przez większość czasu spędzonego w pociągach i rozstaliśmy się dopiero w Szklarskiej Porębie.

Ostatnie 24 km pokonaliśmy rowerami niedoszacowując, jak wymagające może być wniesienie się o 300 m na tym krótkim dystansie, mając na plecach 12-kilogramowy ciężar, zwany rzeczmi osobistymi i „przydasiami”.

Zawsze, kiedy dzieje się coś niepożądanego, ma to jakiś pozytywny skutek. W przypadku Gravmageddonu, zamknięcie stacji Szklarska Poręba Górna przez PKP (tutaj dokładna nazwa spółki zarządzającej dworcem) skutkowało koniecznością zmiany bazy zawodów. Z zabytkowego dworca GravOn Team przeniosł się do hotelu Interferie Sport Hotel Bornit. Efekt? Możliwość podziwiania w trakcie odprawy technicznej zachodu słońca, widzianego z 16. piętra hotelowego budynku. Biforek i after w sympatycznym budynku przypominającym schronisko. Do tego ludzie – sympatyczni, głodni jazdy, często znani z innych maratonów. Czego chcieć więcej? Pięknej trasy, oczywiście!

Bez spiny od początku

Po śniadaniu zjedzonym w pensjonacie, bez pośpiechu docieramy z Jakubem i Krzysiem z Warszawy na linię startu. Kiedy mijamy bramę z napisem „Szklarska Poręba”, do startu pozostaje nam jedynie  5 minut. Wystarczająco dużo, aby odebrać tracker, pozostawić depozyt i przybić piątki ze znajomymi. Wszystko inne mamy gotowe od poprzedniego dnia.

Przygotowania do rowerowego ultra to nie są proste sprawy. 😉 Zanim nabierze się doświadczenia, warto stosować proste i niezawodne narzędzia, jak lista kontrolna. Więcej o tym przeczytasz w artykule „Jak sprawnie spakować się na ultramaratom” lub posłuchasz w podcaście.

Pierwsze kilometry natychmiast wywołują banana na twarzy. Temperatura jeszcze nie jest niekomfortowa, przewyższenia jeszcze nie palą, a widoki są zacne.

Pierwsze, które pozostają w pamięci jako ikoniczne, pojawiają się już przed 32. km, na którym dojeżdżamy do kopalni kwarcu „Stanisław”. Tu widać już podział na szybkich zawodników i kolarzy romantyków. Kiedy my focimy i pozujemy do zdjęć fotografom, jedni przemykają, zerkając tylko przez ramię w stronę krateru, z którego działalność kopalni usunęła mnóstwo urobku. Inni z kolei stają i podziwiają księżycowy krajobraz, z panoramą na Kowalówkę.

45 RPM

Po długich, malowniczych i relaksujących odcinkach szerokich szutrów nadchodzi czas na zmianę płyty i zwiększenie obrotów. Zjazd pod Wysokim Kamieniem nie może nudzić, może co najwyżej pokazać stopień wytrenowania i zweryfikować umiejętności panowania nad sprzętem. Maksymalne skupienie i odrobina szaleństwa pozwalają na absolutną zabawę przez kolejne kilometry. Zdrowy rozsądek dba o to, aby w przypływie euforii nie wypaść z trasy lub nie wpaść na drzewo. Wiem, że na trasie będzie więcej singli. Nie mogę się doczekać. Bawię się jak dziecko, a kiedy wyprzedzam dwóch zawodników na MTB, czuję się wyśmienicie. 😇

Więcej jazdy po singlach zobaczysz na filmie, który opublikuję wkrótce. W międzyczasie obejrzyj inne filmy na kanale YouTube Rezerwatu.

Prosze pani, daleko jeszcze? Przepraszam, wysoko jeszcze?

Po kilkudziesięciu kilometrach mam już swoją opinię na temat trasy, przynajmniej jej początku. Pierwsze słowo, które przychodzi mi do głowy, to „zmienna”. Gravmageddon nie może nudzić się, chyba, że nie lubisz jazdy na rowerze.  Trasa zmienia się co kilka kilometrów, jednak nie z przejezdnej w ujeby, ale z prostej w pokręconą, z pochyłej na bardzo pochyłą, z szerokiej w singlowe serpentyny i agrafki. Nie ma nudy. Nie ma tez darmowych kilometrów, bo po każdym zjeździe trzeba podjechać. Wiem jednak, że zawsze jest chwila na oddech i podziwianie widoków. Podobnie było w Lajkoniku, ale tam sztajfy są bardziej kąśliwe i dłuższe. Przynajmniej tak mi się wydaje… do ok. 69. kilometra, na którym… 

… przecinamy rzekę Kwisa i rozpoczynamy 12-kilometrowy podjazd. Pierwszy etap to leśna zabawa po singlu, ale kiedy wjeżdżamy na asfaltową Nową Drogę Izerską, robi się poważnie. Ktoś nastawił piekarnik na 36 stopni Celsjusza, więc na kilkunastoprocentowym podjeździe widzimy leżących, stojących, idących, trawersujących od jednej do drugiej krawędzi, w końcu jadących na wprost. Krzysiu ma mocną nogę i miększe przełożenia, więc mieli sobie bez wysiłku, a przynajmniej nie widać, aby umierał. Jakub ucieka do przodu, jak przez większość dnia. Ja jadę swoim tempem, w rytmie, jaki pozwala mi jechać, ale nie przepalać się. Wyprzedzam niektórych Gravmageddończyków nie dlatego, że chcę, ale muszę. Z przodu mam 40 zębów, z tyłu na szczęście wrzuciłem przed wyjazdem w Karkonosze kasetę 11-46. Wiem, że moje wcześniejsze 42 zęby powodowałyby duży dyskomfort i zmuszały do siłowej jazdy w takim upale. Nic dobrego. Przy 46 mogę sobie jechać. Czasem staję na pedały, aby zmienić pozycję i odprężyć plecy. Metry uciekają, kilometry nieco wolniej. Ale metodą zdartej płyty, jadę, obrót korbą za obrotem. Nie ma innego sposobu.

Podziel się z innymi

Podoba Ci się artykuł? Prześlij go dalej, udostępnij znajomym. Podziel się!

Zobacz relację na YouTube

Diabelski zjazd

Organizatorzy określili to miejsce jako niebezpieczne. Prosili o rozwagę. Najwyraźniej zarządca drogi mam podobne zdanie, bo kiedy rozpoczynamy jazdę w dół, mijamy serię żółtych znaków ostrzegawczych. Nie mogę robić zdjęć, obie ręce na kierownicy, pełne skupienie. Po tym, jak na nierówności na sekundę tracę klamki pod palcami, przyspieszam niczym tesla z pedałem w podłodze. Szybko naprawiam błąd i dohamowuję zanim prawa fizyki zrobią swoje. Sir Newton wiedział, o czym mówi. Z natura nie wygrasz, ale możesz z respektem cieszyć się nią.

To właśnie robię, mijając kolejne setki metrów. Cieszę się z jazdy w dół, jakbym oglądał dobry dreszczowiec. To nie będzie najszybszy zjazd tej trasy, ale na pewno najbardziej trzymający w napięciu.

Jak w teatrze, kiedy w pierwszym akcie pojawia się broń… Skoro są znaki ostrzegawcze… muszą pojawić się ofiary. Pierwsza z nich leży na ostrym łuku asfaltowej nawrotki. Dojeżdżając pytam, co się stało. Zawodnik nie wie, ale dwie osoby, które były przy nim chwilę wcześniej mówią, że się zderzyli. Ale z kim, skoro widzimy jednego poszkodowanego. Za chwilę ktoś wypełza z krzaków, pytając o okulary. Nieważne, że z ręki leci krew, kask przekrzywiony, facet pyta o okulary. „Gdzie są moje okulary?” Znam to, kiedyś, przed moją pierwszą rowerową wyprawą na Węgry, jeszcze przed maturą, potrącił mnie samochód. Wtedy ja szukałem… bidonu. Cały poździerany chodziłem i powtarzałem: „Gdzie jest mój bidon?”

Po chwili okazuje się, że chłopaki będą żyć, a straty cielesne dotyczą jedynie tkanek miękkich. Co innego sprzęt. W czerwonym mtb przednie koło nie mieści się w amorze. Po siłowym naprostowaniu nogami będzie można jechać do Świeradowa, gdzie z pewnością znajdzie się serwis. Jest przecież piątek. Gravel ma się lepiej, ale pamiątki po kolizji zostaną. I o to chodzi. 

Kolejny poszkodowany to Paweł, który na specyficzny, asfaltowo-kamienistym przekładańcu  postanawia sprawdzić wytrzymałość swoich Evanlite’ów New Gravel. Czy jeśli rozwalisz karbonowe koło o głaz do tego stopnia, że widzisz płaty karbonu na ściankach, mleko jest wszędzie, tylko nie w oponie, a koło nawet nie bije, to jest ok? Paweł podejmuje decyzję o wycofaniu, jednak po mojej delikatnej sugestii, aby wrzucić dętkę i jechać zmienia zdanie. 

Naturalnym jest, że kiedy dopada Cię stres, zmęczenie, trudna, nieprzewidziana sytuacja, do głowy przychodzą myśli o rezygnacji. Zamiast poddawać się pierwszym emocjom, zadaj sobie pytanie:

„Co mogę zrobić w tej sytuacji, aby kontynuować?”

Jeśli nic nie przychodzi Ci do głowy, daj sobie czas. Zjedź coś, prześpij się. Nie podejmuj decyzji pod wpływem emocji, a już na pewno nie w nocy i na głodzie.

Dalej już z górki

Najgorsze mamy za sobą, przynajmniej na pierwszy dzień. Jeszcze tylko podjazd na Łuszczyk, na 140. km. Tam znajduje się pierwszy z dwóch oficjalnych pit-stopów, gdzie można było nadać przed startem przepak. Taka konwencja pozwala na podróż na lekko. Wszelkie śpiwory, akcesoria, czy jedzenie można wrzucić do worka do przepaku. Skorzystałem z tego, ale tylko w ograniczonym stopniu. Nadałem sobie drugie bibsy, ciepłe ciuchy i odżywkę Huela. Nie pada i nie powinno do pit-stopu, więc nie skorzystam ze swoich zasobów. Po obiedzie w Sekrecie Piwowara (nie polecam obsługi, jest mocno obrażona) oraz pizzy w Mirsku, nie czuję głodu. Podobnie Krzysiu. Jak jest z Jakubem nie wiemy, bo cały dzień nam ucieka. 😁

Samopoczucie jest idealne i śmieję się tylko z jedynej dolegliwości – pierwszy raz w życiu mam kurcze w… dłoni. Trasa Gravmageddonu zmusza do częstego hamowania (ostre zjazdy, single, anty-rowerowe przepusty), więc mięśnie małego palca, niezwyczajne takiej intensywności hamowania, dały znać o swoim zmęczeniu.

Oby przed burzą

Będąc na pit-stopie, do zaplanowanego w Jeleniej Górze noclegu mamy jakiejś 60 km. Normalnie potrzebowalibyśmy ze trzy godziny, aby odtrąbić fajrant. Ale na Gravmageddonie trzeba dzielić to na przez dwa. Serio, jest co robić. Może z tym „przez dwa” przesadziłem. Dawno jednak nie jechałem 100 km w 8 godzin. Oczywiście z wszelkimi postojami, jedzeniem, foceniem, filmowaniem, gadaniem, napawaniem się widokami i chwilą. Warto tak żyć. 

Podobnie myśli Zielony F16, jednak pedałuje nieco szybciej. Jakieś dwie godziny do Jeleniej otrzymujemy od Bartka zapytanie: „Co tak wolno, warzywa z grilla stygną!” He, he… te warzywa dodają mi energii na długo przed tym, jak je spożyję. Trzeba mieć cel! 🙂

Część zawodników decyduje się jechać na noc. Na sam koniec pierwszego etapu sprowadzamy na kolarsko-romantyczną drogę Anię, która miała zamiar ścigać się w deszczu po Rudawach Janowickich. Nie jest przekonana do har-core’u w ulewie, więc przekonuje się do zanocowania pod dachem.

Zdążyliśmy idealnie przed burzą. Szybkie zakupy na stacji, zameldowanie w hotelu, spotkanie z Bartkiem i za oknem słychać ulewę.

Nastawiamy budziki na… 7:00 😀 Plan jest prosty: wyjedziemy, jak przestanie padać.

Gravmageddon ver. 2

Po niespiesznym śniadaniu i odczekaniu, aż nie tylko przestanie padać, ale wręcz podeschnie, wyruszamy w czwórkę w dalszą drogę. Szybko przekonujemy się, że drugi dzień będzie inny, bardziej „lajkonikowy”. Będzie to podróż pod górę i w dół, prawie bez przerwy. Miejsce szerokich szutrów zajmą techniczne ścieżki. Nawet przepusty drugiego dnia będą większym wyzwaniem. Ale nie takie rzeczy się robiło. Szczególnie po dobrym śniadaniu i w suchych gaciach!

Inna jest pogoda. Diametralna zmiana spowodowała, że na chwilę przepraszam się ze swoją wiatrówką. Na zjazdach jest chłodno, a temperatura z wczorajszych ponad 30 stopni spada do poniżej 15, przynajmniej rano.

Tego dnia, w sobotę, mają startować najwięksi faworyci długiego dystansu. Sam tak robiłem jako organizator i raczej wycofam się z tego. Dlaczego? Przy tak znaczącej różnicy w warunkach, pokonanie 7000 m przewyższeń to dwa różne wyzwania. Inaczej jedzie się 18% pod górę w upale i w pełnym słońcu, inaczej przy pełnym zachmurzeniu i przy kilkunastu stopniach ciepła.

Nas to jednak nie interesuje, bo ci najlepsi wyprzedziliby nas tak, czy inaczej. Kolejny plus jazdy romantycznej vs wyścigowej – możesz nie zerkać na tracking i nie sprawdzać swojej pozycji, Ta nie ma żadnego znaczenia. Oczywiście rodzina i znajomi patrzą i widzą, jak to jest zwiedzać uważnie, zamiast szybko. 😉
Jakub otrzymuje ostrzeżenie: „Dogania Cię nr 120! Pedałuj!”. 120 to ja. Jedziemy blisko siebie od wczoraj. 😀

"Co tak wolno?"

Kiedy tak sobie jedziemy, otrzymujemy zapytania z mety, kiedy w końcu dojedziemy. Czekaj na nas rowerowa brać, na czele z redaktorem Michałem i Dorotą. Wszyscy czekają, a my wręcz zwalniamy tempo. Nawet nie ze zmęczenia, ale jakoś tak szkoda nam rozstawać się z trasą, z niezliczonymi doznaniami, ochami i echami. A jak dojedzie się na metę, to chwilę się pogada, wypije piwo „Gravmageddon” z Browaru Czarnków (może dwa lub trzy…) i wszystko skończy się. Przedłużamy więc przygodę do zmroku i jeszcze trochę później.

Wszystko, co dobre...

… czeka na mecie!

Po 22:00 przejeżdżamy szpalerem pod  bramą z napisem „Szklarska Poręba”, na parkingu Hotelu Interferie. Miło, gdy na mecie ktoś czeka. Słyszymy wiele głosów i wiele dzwonków. Widzimy ze 30 osób bijących brawa. Czujemy się szczęśliwi.

Co zagrało?

  • trasa,
  • organizacja,
  • inni uczestnicy,
  • pogoda (jechaliśmy na tyle wolno, aby puścić przodem pierwszą burzę i na wystarczająco szybko, aby uciec drugiej),
  • sprzęt,
  • kondycja,
  • samopoczucie

Co nie zagrało

  • fajnie jest jechać romantycznie, jednak przyjeżdżając przed północą skróciliśmy sobie czas imprezy na mecie. Fajnie byłoby zacząć integrację ok. 18:00. 😀

Gravmageddon na Stravie

Dwa dni przygody do obejrzenia na Stravie.

Podobał Ci się artykuł? Dodaj swoją ocenę!

Kliknij, aby ocenić

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów 10

Dodaj pierwszą ocenę!

Dodaj komentarz

5 komentarzy

Piotr Wierzbowski 12 sierpnia 2022 - 00:13

Jak zawsze, zapraszam do komentowania! 🙂

Odpowiedz
Wojtek 16 sierpnia 2022 - 09:45

Super relacja jak zwykle! Impreza robi wrażenie, może kiedyś się skuszę. Pytanie odnośnie Twojego zdania na temat karbonowych kół w gravelu? Pytam w nawiązaniu do relacji i przygody kolegi z Evanlite’ami i ich uszkodzeniem. Chciałem zbierać fundusze na koła karbonowe, ale sam niedawno jadąc po okolicznych szutrach 2 razy dobiłem kamieniem do samej obręczy. Mleko było, opona dzielnie to zniosła, obręcz aluminiowa również. Strzał był jednak potężny, aż mnie serce zabolało 🙂 Te 2 sytuacje i Twoja relacja trochę zastopowały moje plany. Jestem przekonany, że karbon by się poddał i chyba będę celował w lekkie aluminiowe obręcze i wagę całego kompletu 1400-1450 gr. Dla zupełnego amatora myślę, że w zupełności wystarczą.

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 16 sierpnia 2022 - 12:59

Dzięki Wojtku za komentarz!
Co do obręczy myślę, że trzeba jeździć. Można zniszczyć zarówno aluminiowe (sam kiedyś wygiąłem o krawężnik), jak i karbonowe. Podczas ostatniej wyprawy w Jesioniki tak przygrzmociłem w kamień, że spodziewałem się połamanego koła. Kiedy stanąłem, by ocenić starty, nie było żadnych (strat, koło całe ;)). Więc to przekonało mnie, że Evalnlite New Gravel są naprawdę solidne.
Ale nie przewidzisz, w co trafisz. Możesz się starać, ale wypadki zdarzają się.

Odpowiedz
Adam 17 sierpnia 2022 - 15:07

Rowerowy, a w zasadzie gravelowy Kwiatoptak… tak chyba można opisać Ciebie jednym słowem ostatnio 🙂 I nie myślę tutaj o koszulce. Widzę, że jeździsz ostatnio na pełnej petardzie, intensywnie cieszysz się drogą, no a przy okazji organizujesz innym (Wanoga i Brejdak) niezapomniane wspomnienia i przeżycia, zmieniasz optykę i podejście do życia przewartościowujące obrane do tej pory priorytety. Tak trzymać. No a ostatnio dodatkowo ta stylówa na Leona di. Kapio 🙂 sztos!!! Trzymaj się, pozdrawiam ponownie!

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 26 sierpnia 2022 - 23:16

Dzięki Adamie! Najbardziej w tym wszystkim lubię fakt, że moje działania i „stylówa” wynikają ze mnie, ze światopoglądu, radości tym co robię i chęci dzielenia się tym. Właśnie dlatego są blog, podcast, zawody. To miłe, że sporo osób, w tym Ty, postrzega otoczkę tego pozytywnie. Nie pozostaje nic innego, jak zagęścić ruchy (czytaj: stworzyć nowe odcinki podcastu, czy vloga) i jeździć. Szczególnie tego ostatniego życzmy sobie na pożegnanie lata!

Odpowiedz

You may also like