Wschód 2021 – relacja cz. 1

autor: Piotr Wierzbowski
5
(1)

Najdłuższy polski ultramaraton terenowy? Magiczna wędrówka wzdłuż wschodniej ściany? Niesamowite wyzwanie dla sprzętu i głowy? Czym jest Wschód 2021 i dlaczego na mecie zjawiła się niespełna połowa opłaconych zawodników z listy startowej? O tym przeczytasz w tym artykule.

Do niedawna Wisła 1200 była królową polskich maratonów. Najdłuższa, najbardziej wymagająca, najbardziej popularna. Jej czwarta edycja wysprzedała się w kilkadziesiąt sekund od otwarcia zapisów. Czy Wschód 2021, organizowany w tym roku po raz pierwszy przez Polskie Kolarstwo Przygodowe, stanie się równie popularny i kultowy?

Fot. Leon Di Kapio

Czym jest Wschód 2021

Imprezy organizowane do tej pory przez Polskie Kolarstwo Przygodowe to czysta przygoda na łonie natury. Nie udają „prawdziwie gravelowych” wyścigów, nie prowadzą możliwie najłatwiejszymi ścieżkami. Co więcej, kolejne edycje potrafią zaskoczyć nawet stałych bywalców, kiedy pogoda napisze nowy scenariusz i odmieni trasę nie do poznania. Zapisując się więc na Wschód 2021 nie spodziewałem się niczego innego, jak dłuższej i trudniejszej Wisły 1200, z większą ilością przewyższeń i jeszcze ciekawszymi krajobrazami.

Z perspektywy przejechanych 1420 km mogę śmiało potwierdzić, że Wschód 2021, zwany też Wschodem 1400, jest przygodową, terenową wędrówką po wschodniej ścianie Polski, bogatą w walory kulturalne i ciekawe miejsca, do których na co dzień mało kto z nas dociera.

Na pytanie, czy jest to wyścig dla graveli, odpowiem, że dla mnie nie był to w ogóle wyścig. Wschód to rajd rowerowy, swego rodzaju wędrówka, włóczęga po Polsce. Oczywiście można ją jechać na czas, na zabój, jak najszybciej. Jednak trasa jest zbyt piękna i zbyt wartościowa, by poświęcać jej atuty na nocne ściganie. Ścigać można się na jedno, dwudniowych trasach. Tam odczuwa się radość z pędu, słyszy się rytmiczną melodię opon grających na szutrowych kamykach, czuje się wiatr we włosach.

Start Wschodu 2021 mieścił się na mecie trasy Carpatia Divide.

Wschód zaprasza do niespiesznej eksploracji, kładąc pod koła całą mozaikę nawierzchni: od szybkich szutrów, ciągnących się przez kilkanaście kilometrów bez przerwy, po kilkusetmetrowe odcinki, gdzie nawet twardziele i wirtuozi mtb schodzą z siodła. Pomiędzy tymi skrajnościami znajdziesz wszystkie inne, niezliczone opcje terenu i doznasz wszelkiego rodzaju emocji. Szczególnie, jeśli pogoda będzie zmienna, jak w czasie pierwszej edycji.

 

Założenia i sprzęt

Ponieważ Wisłę 1200 przeleciałem w tempie, na Wschodzie 2021 mogłem pokusić się o niespieszne zwiedzanie. Wiem, czym jest nocne ściganie. Kusiła mnie więc opcja powolnej eksploracji.

Na trasie Wschód 2021 używałem sprawdzonego set-upu Rondo Ruut CF2 z sakwami Apidury. Testowałem też dwie nowości: koła Evanlite New Gravel 650b z oponami Pirelli Cinturato Gravel Mix 45 mm oraz torbę na kierownicę JRC Components.

Założeniem było więc spanie co noc w hotelu lub agroturystyce. Nad rzetelnym wykonywaniem założonego planu czuwał Leon Di Kapio, mój towarzysz w tej podróży. Muszę przyznać, że jeśli ktoś szuka kierownika projektu do swojej firmy, Leon nadaje się idealnie. Z finezją zagłuszał wszelkie aspiracje do jazdy dłużej niż do 22:00, nie mówiąc już o jeździe przez całą noc. Dbał też o to, byśmy nie wyjeżdżali bez śniadania, czyli nie wcześniej, niż o 6:00. W ten oto sposób miałem zwiedzać i cieszyć się drogą (tak, to moje własne motto 😎), zamiast ścigać się i usypiać za kierownicą.

Podsumowując, ideą startu na trasie Wschód 2021 było:

  • zjeżdżać „do bazy” wkrótce po zapadnięciu zmroku i wyjeżdżać po śniadaniu,
  • za wszelką cenę dążyć do uspołecznionej jazdy (czyli unikać jak ognia samotnego odliczania kilometrów), co za tym idzie poznawać kolejnych pozytywnie zakręconych lub/i umacniać już zawarte znajomości,
  • zwiedzać! Jeśli trasa zawija do cerkwi, oglądać. Jeśli nie zawija, a na mapie widzę coś ciekawego, zbaczać,
  • utrwalać na posiadanych nośnikach możliwie jak najwięcej, ale…
  • chłonąć umysłem obrazy, dźwięki i zapachy, by przechować je jak syrop malinowy na zimny, zimowy czas. Takie wspomnienia, odtwarzane wprost z głowy, dobrze działają podczas zaliczania kolejnych treningów na trenażerze lub dają motywację, kiedy na zimowych przejazdach w plenerze obmarzają ci stopy. 😃

 

Zobacz film o przygotowaniu na Wschód 2021

Muszę też wspomnieć o zmianie z ostatniej chwili. Staram się unikać takich i nie używam nieprzetestowanego sprzętu na zawodach. Jednak uznałem, że koła New Gravel 650b z oponami Pirelli Cinturato Gravel M 45 mm, markowane przez Evanlite, to marka na tyle solidna, że mogę je w ciemno zakładać. Czy to był dobry wybór? Miałem się o tym przekonać na niezliczonych bezdrożach Wschodu 2021.

Zobacz trasę Wschód 2021

Na start dotarłem busem, przywożąc ze sobą całą ekipę: Waldka, Martę, Adama, dwóch Przemków i Szymona. Już w czasie całodziennej jazdy z Trójmiasta do Dwernika uświadomiłem sobie, że to cholernie daleko pomimo, że jechaliśmy samochodem, najkrótszą możliwą trasą. 🤦‍♂️ Z drugiej strony, taka trasa musi zawierać niesamowitą przygodę.

Po odebraniu pakietu startowego i krótkiej integracji, udaliśmy się na porządny odpoczynek, aby w sobotni ranek wyruszyć żwawo w 1420-kilometrową trasę.

Dzień 1: Dwernik – Korczowa

Z tym rankiem nie przesadzajmy, wybraliśmy późniejszą godzinę startu, bliżej 9:00. Powody były dwa. Po pierwsze: wyspać się. Po drugie, jeśli na trasie miałyby zdarzyć się jakieś „wały goczałkowickie”, lepiej puścić kilkaset osób przodem. 😉
W ten oto sposób, bo obfitym śniadaniu w Caryńska Resort & Spa, ruszyliśmy o 8:45.

Pierwsze wrażenie było zgodne z oczekiwaniami – dostaję dokładnie to, co sam narysowałem w logo Rezerwatu Przygody: podjazdy, zjazdy, góry, lasy, strumyki i uśmiech na twarzy. Czyli to, co lubię najbardziej. No dobrze, uśmiechu nie ma w logo, ale wiadomo, że w takich okolicznościach przyrody musi pojawić się na facjacie! 😎 

Polskie Kolarstwo Przygodowe nie zawiodło również w kwestii „ujebów”, czyli konieczności zamiany pedałów na grząski grunt pod blokami. Musieliśmy więc maszerować tu i ówdzie, między innymi „zielonym szlakiem”. W końcu to kolarstwo przygodowe, a nie jakieś „szutrowanie”. 😎 Zupełnie serio, było to szutrowanie pierwszej klasy. Nie dosyć, że był szuter, to przewyższenia i górski rollercoaster sprawiały, że każda komórka ciała miała radochę z jazdy! Poza wspomnianymi drobnymi wyjątkami, których było naprawdę niewiele. Przynajmniej pierwszego dnia. 😂

Na trasie nie brakowało odcinków asfaltowych

Wszystko szło gładko, dopóki jakieś 20 km przed Przemyślem, na jednym z tych wolnych podjazdów, mleko się rozlało. Powodem było rozcięcie bocznej ścianki opony – klasyk w górskim gravelowaniu. Szybkie „zadętkowanie” koła pozwoliło jechać dalej, bez żadnego spadku morale, czy motywacji. Wszak w Przemyślu czekała pyszna, wegetariańska kolacja w polecanej przez Leona knajpie.

Dobry nastrój potęgowały słoneczna pogoda i dobre towarzystwo. Na trasie spotykaliśmy wielu zawodników i całkiem sporo zawodniczek, łącznie z tymi kończącymi Carpatia Divide, jadącymi „pod prąd” w stosunku do nas. Zazwyczaj jest tak, że pierwszego dnia chce się nagrywać i spotyka się wiele osób, więc wykorzystywałem prawie każde spotkanie jako okazję do mini-wywiadu na reportaż dla kanału Rezerwatu Przygody na YouTube. W kolejnych dniach intensywność spotkań maleje. Wpływa na to głównie fakt, że peleton rozjeżdża się i coraz rzadziej można z kimś się zjechać. A jak już, to może być różnie z pogodą, czy nastrojem po kilkuset kilometrach. Nagadałem się więc do woli. Sporo osób pytało, dlaczego nie cisnę. Zwaliłem winę na Leona. 😁 

Po pysznym posiłku, zjedzonym spokojnie, bez odliczania czasu, udaliśmy się w ostatni, 40-kilometrowy odcinek do noclegu. Już na miejscu, w Korczowej, nieopodal autostrady A4, wynajęliśmy nocleg w hotelu dla kierowców ciężarówek, ale idealnie skrojonym dla bikepacjingowców. Na pytanie, czy można zjeść śniadanie, usłyszeliśmy wypowiadane bez zastanowienia „oczywiście”. Na zaznaczenie, że myślimy o 5:00 rano, odpowiedź brzmiała: „Nasz hotel jest czynny 24 godziny na dobę.” Pięknie! Pozostało zjeść, wyprać ciuchy i pójść spać.

Dzień 2: Korczowa – Chełm

Poranek był tyle rześki, co piękny. Mgła trzymała wciąż swoją woalkę, jednak coraz wyraźniej przebijały się do naszej percepcji lokalne krajobrazy. Te ustąpiły miejsca bieszczadzkim pagórkom i trasa już od jakiegoś czasu stała się prawie płaska.    Przelatując żwawo przez asfaltowe drogi, czasem szutry lub leśne dukty, zbliżaliśmy się nieubłaganie do lubelskich pagórków Roztocza. Czas opuścić Podkarpacie. Ale, zaraz, nie tak szybko! Zanim to nastąpiło, musieliśmy trochę pobłądzić wśród krzaczorów w lesie. Jak się później okazało, nie tylko my. Ot, PoKoP! 🤷‍♂️

Drugiego dnia trasa wiodła przez liczne wioski i wioseczki, upstrzone śladami kultu religijnego. Jak to bywa w takich miejscach, punktami rozpoznawczymi były wysokie kościoły. Jednak największą radość sprawiało podziwianie pozostawionych na boku starych, zabytkowych cerkwi.

Na 259. km trasy znajduje się Narol. Tam, w barze Rubin, cofnęliśmy się w czasie o jakieś trzy dekady. Doładowaliśmy do pieca pyszną jarzynówkę, dopchniętą ruskimi pierogami i ruszyliśmy dalej w trasę. Kolejne kilkanaście kilometrów wywołało uśmiech z powodu sentymentu do trasy Brejdaka – te pokrywały się idealnie, aż do słynnych Szumów na Tanwi. 

Po drodze z radością nakręciłem dziesiątki minut materiału, a zdjęcia na których starałem się oddać nastrój chwili upiększają (mam nadzieję) ten artykuł. 

Kto myślał, że po ucieczce z Bieszczad nie będzie już przewyższeń, zawiódł się srogo. Co prawda Roztocze to nie góry, ale zdradliwie zakwaszają łydę niezliczonymi podjazdami i wymagają od zawodnika nienagannej techniki podczas leśnych zjazdów, najczęściej po kiepskich jakościowo leśnych drogach. To spowodowało, że pomimo 2/3 przewyższeń dnia poprzedniego, średnia z jazdy spadła o pół kilometra na godzinę. Kilka odcinków piaszczystych na pewno również przyczyniło się do tego.

W Zamościu skorzystaliśmy z gościnności bardzo przyjaznej obsługi restauracji Parkowa Caffe. Pyszny makaron, wsparty połówką pizzy dał paliwo na dojazd do celu na ten dzień – Chełma. Tam mieliśmy nocować. Zanim jednak dotarliśmy do tego 1000-letniego miasta, spotkaliśmy się po drodze z całą rzeszą „Wschodniaków”. Spotkaliśmy też Krzysia z Warszawy – to z nim ostatecznie wyłączyliśmy nawigacje, rozkoszując się pysznym jedzeniem w restauracji Kozak. Jak to słusznie ujęła obsługa, nie jesteśmy pierwsi, ale pewnie i nie ostatni. Właśnie, nigdzie się nie spieszyliśmy. Do rana jeszcze sporo czasu. Można odpocząć i porozmawiać. 😉

Dzień 3: Chełm – Serpelice (prom na Bugu)

Grzebałem się z rana. Na tyle, by Leon wyruszył przed mną jakieś 10-15 minut. I taką przewagę miał utrzymywać do końca dnia. Pierwszego deszczowego. Na szczęście nie od rana. 😁

Pogoda była łaskawa do Terespola. Tam dotarliśmy przez Sobiborski Park Krajobrazowy, niezliczonymi kilometrami szutrów. Tak, szutrów! Szybkich, szerokich i dobrych jakościowo. Gdybyśmy znali ten odcinek trasy, założylibyśmy przeprawę promową na 605. km na ten właśnie dzień. A tak, celem na dzień trzeci był Janów Podlaski. Tak, ten od koni. 🐴

Gdy dotarłem do meandrów Bugu, na granicy z Ukrainą, doszedł mnie Krzyś i tak we dwójkę podziwialiśmy swojskie krajobrazy. Nad nami wisiał deszcz, ale jeszcze nie padał. Czuliśmy, że uciekamy frontowi nieprzyjaznej pogody. Nie spieszyliśmy się z tą ucieczką. Co raz stawaliśmy na zdjęcia. Jazdę upiększała dyskusja na tematy „życia”. Ot, filozoficzne dywagacje. Typowe, gdy spotkasz przyjazną gębę po kilkuset kilometrach wyrypy. 😃 To jeden z aspektów bikepackingowego „ścigania się” – spotykasz kogoś, kto cieszy się również na Twój widok. Uwielbiam.

W terespolskim kebabie poznałem nową definicję dużych frytek: 480 gramów smażonych ziemniaków na talerzu! 😁 Dysponował ponadto menu dla wegetarian, więc we czwórkę siedliśmy na dłużej, by pozwolić deszczowej chmurze ostatecznie wygrać. To miał być pierwszy z deszczowych dni, jednak tym razem pozostało jedynie 60 mokrych kilometrów. 

Kiedy jedzie się komfortowo, nawet na zmęczeniu można odczuwać pewien poziom radości. Jednak to właśnie wtedy, gdy zrobiło się mokro i zimno, zacząłem doceniać brak chronicznego, skumulowanego zmęczenia. Jadąc w deszczu nie narzekałem w duchu, nie przeszkadzała mi też wilgoć. Po pierwsze, byłem wypoczęty. Po drugie, świadomość zbliżającego się noclegu w Janowie Podlaskim powodowała, że wszystko wydawało się ok.

I wtedy rozbiłem swoje gopro. Chyba naprawdę nie byłem zmęczony, bo nawet się nie zasmuciłem. Zmartwił mnie jedynie fakt, że ucierpi na tym relacja. Nie pozostało nic innego, jak podzwonić po znajomych i podać lokalizację dogodnego paczkomatu Inpost po drodze. Z pomocą przyszedł mi Jacek „Jack Pack” Kin. Pamiętaj, że gdyby chodziło o dostarczenie części rowerowych lub innych rzeczy mających wpływ na możliwość dalszej jazdy, taka pomoc byłaby niedozwolona. Kamera jednak, wpływu na dalsze zmagania nie ma. Co najwyżej mnie spowalnia. Nikt na dostarczeniu drugiej kamerki nie ucierpi (chyba, że relacja filmowa będzie słaba 😃).

Do Janowa rozpadało się na dobre. Okazało się również, że w agroturystyce planowanej jako punkt docelowy nie ma nic do jedzenia. Opcją był sklep i samodzielne przygotowanie posiłku lub dołożenie dwudziestu kilku kilometrów, by znaleźć się tuż przed promem i skorzystać z gościnności miejsca, w którym można zjeść coś ciepłego i wypić piwo. Wybór padł na dalszą jazdę i okazał się strzałem w dziesiątkę – na miejscu zebrał się nas prawie tuzin i w iście biesiadnym klimacie gaworzyliśmy przy drewnianych ławach, jedząc pyszną strawę, wrzucając trasy na Stravę 😉 i susząc gacie przy kominku.

Mieliśmy w nogach 603 km. W głowach układały się pierwsze wspomnienia i zabawne sytuacje. W sercu czułem radość z przygody.

Zobacz mój przejazd trasy Wschodu 2021 na Stravie

Dzień 1

Dzień 2

Dzień 3

Podobał Ci się artykuł? Dodaj swoją ocenę!

Kliknij, aby ocenić

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów 1

Dodaj pierwszą ocenę!

Dodaj komentarz

4 komentarze

Adam 3 września 2021 - 13:46

Jak czytam Twoją relację i oglądam załączone zdjęcie to w głowie mam tylko jedno pytanie: Dlaczego mnie tam nie byłoooo?….ehh
Nawet nie wiesz Piotrze ile radości, uśmiechu, zachwytu, tęsknoty, refleksji i…… wiele innych pozytywnych uczuć może wywołać te kilka fotek (doskonałe) i lektura krótkiego tekstu… Czekam na relację z kolejnych dni i do zobaczenia może kiedyś na trasie….

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 6 września 2021 - 10:27

Adamie, dzięki za opinię. Taki właśnie był plan, założenie – postarać się przekazać choćby ułamek tego klimatu, nastroju, poczucia bycia tu i teraz za pomocą zdjęć. Śmiesznie to wyglądało, bo co raz kogoś wyprzedzałem, po czym te osoby wyprzedzały mnie. Stawałem chyba milion razy. Ale o to chodziło. 🙂

Do zobaczenia! 🙂

Odpowiedz
Dominik 10 września 2021 - 13:14

Dżizas, ale to było dobre… z tęsknoty za rowerem (nadal w serwisie) znowu przeglądam zdjęcia. Dopiero teraz zauważyłem tych „młodych co dorabiają 500+” :D. Wspaniała trasa i kolarstwo przygodowe w najlepszym wydaniu. Z jednej strony trochę szkoda, że noce były mokre i zimne przez co więcej się spało niż zwykle i czas taki sobie, ale z drugiej strony ta trasa była zbyt niezwykła na nocne ściganie (przynajmniej za pierwszym razem). Dzięki Piotr za tę ekscytującą relację i piękne zdjęcia… dobrze mówiłem, że zrobisz to lepiej ;). Czekam z niecierpliwością na kolejne części. Do zobaczenia na trasie!

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 13 września 2021 - 23:41

Dominik, super było Cię znowu spotkać na Wschodzie. Na bank zobaczymy się gdzieś w niedługiej przyszłości!

Odpowiedz

You may also like