Berliner gravel [cz. 1]

czyli niespieszna kontemplacja jesiennego piękna

autor: Piotr Wierzbowski
5
(8)

Tę wyprawę układałem samodzielnie, jeszcze przed pandemią. Później wiecie, co było: zamknięcie granic, zakaz wstępu do lasów, etc… Na szczęście czasy mamy znowu (w miarę) normalne, więc temat powrócił. Po raz kolejny okazuje się, że co się odwlecze, to nie uciecze. Trzeba tylko to zaplanować i wykonać. Najlepiej w grupie przyjaciół!

Dlaczego Berlin?

Nie potraktujcie tego, jak szorstką odpowiedź, ale… dlaczego nie Berlin? Po pierwsze, jest oddalony kilkaset kilometrów od Trójmiasta, co stwarza okazję i daje doskonały pretekst, żeby pokonać ten dystans na rowerze. Po drugie, można wyznaczyć bardzo ciekawą trasę – blisko natury, w większości po nieutwardzonych nawierzchniach. Po trzecie, każdy kierunek jest dobry. Nie ma co się zastanawiać. Trzeba wybrać cel i jechać. A więc niech będzie Berlin!

Wszystkie drogi prowadzą do Gdyni

Początkowo planujemy wyjazd o 7 dni wcześniej, jednak kiedy okazuje się, że przywódca Watahy, Mateusz Szafraniec, wybiera przedostatni weekend października na swoją Drogę do Piekła, zmieniamy termin. O ile chłopaki nie mają planów, to ja definitywnie chcę zasmakować piekielnie gravelowej trasy w świętokrzyskiem. 

Każdy z nas nagina więc nieco kalendarz (da się!) i w czwartkowy wieczór spotykamy się z Radkiem Gołębiewskim i z Krzysiem z Warszawy u mnie, w Gdyni. Pawła „Piwojada” Świdniewicza, którego poznałem dwa lata wcześniej na Wiśle 1200, odbieramy z dworca kolejowego w piątkowy poranek. Daniel ma dołączyć w sobotę rano – jemu jednemu nie udała się sztuczka z kalendarzem. Nic straconego, trzy dni wspólnej przygody to zawsze więcej, niż nic!

Kaszëbsczi drodzëszcze

No dobrze, Daniel traci jednak odcinek kaszubski, a to najbardziej wymagający fizycznie etap czterodniowej podróży, jednocześnie odpłacający zapierającymi dech w piersiach widokami. Kto jechał Wanogę, wie o czym piszę. Panoramy pofalowanych pól, przemieszane z leśnymi szutrami oraz pojawiające się od czasu do czasu kąśliwe podjazdy pod polodowcowe moreny. Całe Kaszuby. Bajka. Właśnie tak zaczyna się nasza wanoga na zachód.

Od początku pogoda dopisuje. Nie tylko nie pada, ale z uwagi na dużą wilgotność i spore różnice temperatur pomiędzy nocą i nadchodzącym dniem, na naszej drodze malują się mgliste, wręcz bajkowe krajobrazy. Już po paru kilometrach wiemy, że utrzymanie założonej (i tak niskiej) średniej z jazdy będzie wyzwaniem. Nie da się nie zwalniać, czy nie zatrzymywać. Nawet zwyczajne na co dzień widoki, dziś malują się absolutnie przepięknie.

Kaszuby to mieszanka tradycji i pięknych krajobrazów. Na skrzyżowaniach królują maryjki i jezuski. Kiedy spoglądamy na boki, po horyzont ciągną się jesienne pastele, namalowane na obsianych ozimym zbożem polach. Uderzające jest to, jak znany teren może wyglądać inaczej, w zależności od pory roku. Inne są późno-wiosenne Kaszuby podczas Wanogi, inne były letnie, „śledziowe”. Teraz poznajemy je niemalże na nowo.

Do czterech razy sztuka

Nasza trasa podzielona jest na cztery odcinki, niekoniecznie równe. Pierwszego dnia zamierzamy pokonać nieco ponad 170 km, aby przenocować w Miastku. Najtrudniejsze mają być drugi i trzeci dzień, z uwagi na blisko 200-km dystanse do pokonania i szybko zapadający zmrok. Szczególnie trzeciego dnia, po zmianie czasu, ciemno zrobi się już po 16. Mamy jednak na to chytry plan – wstaniemy o godzinę wcześniej! Z niechęcią przyzwyczajamy się więc do myśli o pobudce po 4:00. Ostatni odcinek do Berlina ma być swego rodzaju gravelową sielanką, z mnóstwem czasu na zdjęcia i latanie dronem.

À propos drona, pewnie wiecie z relacji z Wataha Ultra Race, że niechcący wylądowałem nim na drzewie. Wymiana DJI działa sprawnie (już raz testowałem 😄), lecz nie tak szybko, by zapewnić mi sprawne narzędzie na tę wyprawę. Z pomocą przychodzi Daniel, który ma mieć ze sobą dron od drugiego dnia. Podobno od momentu zakupu nie latał nim jeszcze ani razu. Głupio byłoby rozwalić mu latającą zabawkę w jej dziewiczym rejsie… 😇

To jedna z wielu myśli, które wcale nie natarczywie, a swobodnie przepływają mi przez głowę podczas, kiedy w czwórkę pokonujemy kolejne, cudowne kilometry. Uwielbiam ten specyficzny stan flow, kiedy nic nie muszę… no, może oprócz rytmicznego kręcenia pedałami, aby dotrzeć do celu na czas.

Czas zwalnia

Kiedy tak jedziemy przez jesienne, kaszubskie pagórki, mamy wrażenie, że czas tutaj biegnie w innym tempie. Jesteśmy daleko od zgiełku miasta, ale jest coś więcej. W powietrzu wisi spokój. Kierowcy nielicznych samochodów napotkanych po drodze zmierzają niespiesznie w sobie znanym kierunku. Zwierzęta w gospodarstwach leniwie spoglądają za nami, kiedy przejeżdżamy, a może nas wręcz ignorują. Napotkani ludzie życzliwie odpowiadają na „dzień dobry”. Słońce powolutku zakreśla owal na jesiennym nieboskłonie.

Ursus C-4011, z przełomu lat 60. i 70., na czechosłowackiej licencji Zetor. Jak widać, daje radę w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku.

Liczy się pasja

Tego o Pawle nie wiedziałem – jest wielkim fanem grzybobrania. Kiedy tak przemierzamy leśną drogę, nagłe: „O, ja…!” przeszywa mój wyciszony umysł. Jakby kogoś potrącił, ale nie widziałem żadnego jeża, czy wiewiórki. Okazuje się, że Paweł zobaczył prawdziwka… Facet ma oko! Kiedy my widzimy stertę jesiennych, świeżo opadłych liści na poboczu drogi, on dostrzega wielkie sztuki, rzuca rower i biegnie do nich, jakby od tego spotkania zależało jego życie. Zgrabnym ruchem, ku naszemu zdziwieniu,  przywłaszcza pierwszą sztukę, wącha i całuje. Patrzymy się na niego z uśmiechem. Robię zdjęcie, żeby był dowód na to, dlaczego posuwamy się… no nie w zwyczajowym tempie Radka. Na pytanie o dalsze losy grzybów oznajmia, że odda je w najbliższym sklepie.

Przy sklepie spotykamy Pana Andrzeja, który w gumiakach wysiada ze swojego passata. Żadne tam passeratti, tak popularne na polskiej prowincji. Zadabny, najwyżej kilkuletni egzemplarz. Właściciel, zagadnięty przez Pawła, z uśmiechem przejmuje łupy, oznajmiając nam listę dań, jakie ma w głowie na dzisiejszy wieczór. Apetyt na podobne okazy jest duży, więc dopytuje jeszcze o dokładne miejsce znaleziska i o cel naszej podróży. Kiedy słyszy słowo „Berlin”, reaguje rubasznym śmiechem na znak, że nie da się wkręcić.

Jak po szynach

Po południu jedzie nam się jak po szynach, dosłownie. Wszystko za sprawą genialnej ścieżki rowerowej, urządzonej po śladzie dawnej kolei Miastko – Bytów. W taki sposób docieramy do Bytowa właśnie. Nie jesteśmy zmęczeni, ale na pewno nie pogardzimy możliwością zjedzenia czegoś ciepłego. Okazuje się, że Klub Jaś Kowalski serwuje nie tylko gorące, ale i pyszne jedzenie. Dodatkowo obsługa jest absolutnie na medal, co wręcz zaskakuje, pozytywnie oczywiście. W takich okolicznościach trwonimy smacznie kolejne minuty, aby po ponad godzinnej biesiadzie wyruszyć w dalszą podróż i nakarmić pozostałe zmysły kolorami jesieni i zachodzącego słońca. Radek, jak przystało na prawdziwego ultrasa, nie marnuje czasu i kiedy my gadamy sobie nad filiżanką kawy, ucina sobie 5-minutową drzemkę na siedząco. 

W dobrych nastrojach i z pełnymi brzuchami ruszamy dalej. Do celu mamy niedaleko, około 60 km. Wszystko idzie (jedzie) zgodnie z planem, więc po ciemku przejedziemy jedynie jakieś dwie, trzy godziny. Przez obszar Miasteckich Jezior Lobeliowych przemykamy wręcz nasypem kolejowym, z mieszaną nawierzchnią, czasem nawet asfaltową. Nic nie przypomina pierwszej edycji Pomorskiej 500, kiedy to mniej więcej na tym obszarze brodziliśmy po kolana w wodzie. Po pierwsze nie pada, po drugie nie musimy unikać przecinania cieków wodnych. Wiecie, że Pomorska 500 jedzie wododziałem? Nie przecina żadnych rzek, ale ma to swoją cenę w postaci ograniczonego wyboru dróg (lub bezdroży). Tak, czy inaczej, zabawa na Pomorskiej jest przednia. Dziś jednak wolimy „gravelowe” jeżdżenie, więc nie narzekamy na nieco monotonny i płaski nasyp, czasem przechodzący w obrośnięty drzewami wąwóz między polami. Jedzie się szybko i przyjemnie. Powietrze jest rześkie, ale nie zimne.

A może tak podcast?

Słucham czasem podcastów podczas swoich wypraw. Ale tym razem postanowiłem nagrać odcinek. 🎤

Przed wyjazdem wysłałem do paczkomatu w Miastku zestaw do nagrania materiału. Odbieramy więc paczkę na obrzeżach miasta i udajemy się do Zajazdu u Julii, aby spotkać tam Panią… Magdę. Właścicielka wita nas bardzo przyjaźnie, od razu sugerując zaparkowanie rowerów w budynku. Po kolacji udajemy się do pokoi, aby odpocząć i (w przypadku mnie i Radka) nagrać dla Was rozmowę. Wiemy, że rano będzie czekać na nas pyszne śniadanie.

Na spotkanie z Danielem

Dzień drugi wita nas ledwo zauważalnym kapuśniaczkiem, któremu kończy się amunicja jak tylko paczka z mikrofonami ląduje ponownie w paczkomacie. Ruszamy więc po mokrym, ale bez deszczu. Nieźle, jak na tę porę roku. Tym bardziej, że prognozy wydają się być bardzo przychylne naszemu projektowi.

Oprócz pysznego śniadania, okraszonego gorącą kawą, jesiennych barw wokół nas, cieszy nas jeszcze myśl o spotkaniu z Danielem. Nie jeździliśmy dużo ze sobą, ale całkiem sporo rozmawialiśmy. Tym razem również liczę na wspólne pogaduchy po drodze.

Pomorska Wanoga

Pierwsze 30-40 km to kalejdoskop rowerowych wspomnień. Trasa wije się wokół obydwu Jezior Bobięcińskich. To miejsce, w którym krzyżują się (ale absolutnie nie pokrywają) trasy Pomorskiej 500 i Wanogi. Szaro-wilgotna aura sprzyja retrospekcjom. Krzyczę więc z ogona naszego 4-osobowego peletonu: „O, tutaj na Pomorskiej Piotr Jaś zostawił nam kanapkę pod drzewem!„, albo: „A tutaj Wanoga skręca w prawo, do lasu!”. Krzysiu stwierdza, że nie pamięta i właśnie dlatego lubi jeździć te same ultra po kilka razy. Radek coś kojarzy, ale nie brzmi przekonująco.

Oprócz ogromnych obszarów prawie nietkniętych ręką człowieka, mijamy równie ogromne tereny po byłych PGR-ach. Czasy zmieniły się, w małych oknach robotniczych, jednopiętrowych bloków pojawiły się anteny satelitarne, ale nastrój miejsca pozostał, niczym w skansenie.

Na szczęście tylko sporadycznie wyjeżdżamy na spotkanie mniej lub bardziej zaawansowanej cywilizacji. Większość czasu spędzamy w lesie. Paweł ponownie jest wniebowzięty i porzuca swojego rumaka, aby przygarnąć kolejne okazy. Krzysiu stwierdza, że woli grzyby pod inną postacią. 😆 Radek… robi zdjęcia i relacje.

Tak docieramy do Bobolic, gdzie łączymy powitanie z Danielem oraz pit-stop przy tamtejszym Lewiatanie. Szybkie zaopatrzenie, nieco wolniejsze spożycie i możemy ruszać w trasę, już w piątkę!

Pięknie jest, nie da się ukryć...

Chłopaki szybko znajdują wspólny język, chociaż widzieli się tylko na maratonie, którego wspólnie nie jechali. Dlatego kolejne kilkadziesiąt kilometrów można by opisać jako typowy coffee-ride, bez spiny, z podziwianiem widoków, z myślą o obiedzie z tyłu głowy.

Kiedy po raz kolejny wjeżdżamy do oazy piękna nad leśnym jeziorkiem przy rzece Leszczynka, stajemy na dobre. Najpierw zatrzymuje nas okolica, którą postanawiamy podziwiać z lądu i powietrza, startując drona użyczonego przez Daniela. Kiedy po godzinnej eksploracji ruszamy, Daniel łapie kapcia. Jego słowa: „Chłopaki, przepraszam, naprawdę bardzo przepraszam!” staną się kultowym powiedzeniem do końca naszej podróży. Ale o tym później. 😄

Kiedy wcześniej rozmawiałem z Robertem, który obsługuje pomiar czasu i tracking na Wanodze, Brejdaku i Śledziu, wyjaśniałem, że fajnie będzie pokazać jak działa jego system, nie tylko na zawodach. Teraz śmiejemy się, że widzowie online będa myśleć, że system wiesza się bez przerwy, jako że nasz znacznik nieustannie zatrzymuje się na mapie. Bądźcie pewni, że to nie system, to my. Zresztą, zobaczcie na zdjęciach. 😃 Nieczęsto można zobaczyć Radka siedzącego na łączce i kontemplującego jesienne pejzaże.

Po uporaniu się z kołem Daniela, ruszamy ku Połczynowi-Zdroju. Do obiadu mamy jakieś 40 km. Na ultra oznaczałoby to 1,5-godzinną podróż. Wiemy już z doświadczenia, że zjemy za nieco ponad dwie godziny.

Pani Krystyna

Popas w Połczynie okazuje się być naprawdę dobry, ale za sprawą Daniela myślami jesteśmy już ponad 60 km do przodu. Dokładnie mówiąc dzieje się to za sprawą mamy Daniela, Pani Krystyny. Odkąd nasz poznański towarzysz dowiedział się o planach, nie tylko lobbował za przeprowadzeniem trasy przez jego rodzinne miasto, czyli Mirosławiec, ale nakręcił swoją mamę na czynny udział w projekcie. Jej współudział miał polegać na ugoszczeniu naszej piątki na kolację, nocleg i śniadanie. Wiedząc, jak dużym wyzwaniem może być wizyta pięciu nieco brudnych facetów, wyszukaliśmy agroturystykę na obrzeżach Mirosławca i przyjęliśmy zaproszenie na kolację ze śniadaniem. 😄

Pod koniec trasy Daniel nieco skraca, aby pomóc mamie, my jedziemy jak na ultrasów przystało, po śladzie. 😉 Ten prowadzi nas do miejsca katastrofy wojskowej Casy, która miała miejsce w 2008 roku. Wkrótce potem docieramy w gościnę do Pana Marcina, właściciela agroturystyki Kalina w Kalinówce. Jest absolutnie zachwycony spotkaniem z nami, zresztą czujemy się równie szczęśliwi. Szybkie rozpoznanie naszego noclegu i ruszamy w ostatnią prostą, na kolację do Pani Krystyny.

Kiedy Daniel wprowadza nas do swojego rodzinnego mieszkania, kolacji nie ma. Jest wieczerza! Czujemy się jak na wigilii. Zupa, danie główne, sałatki, przetwory, kawa, ciasta… do wyboru, do koloru. Oczywiście wszystko wege, bo Pani Krystyna dostała cynk w tym temacie i uszanowała moje i Krzysia preferencje w kwestii niejedzenia mięsa.

Siedząc tak na kanapie, obserwując nas w tamtym pokoju, słysząc opowieści wszystkich obecnych (również bratanic Daniela, które zostały na spotkanie), czuję się szczęśliwy. Chwilo trwaj!

Ekipa

Piotr Wierzbowski – Rezerwat Przygody
Paweł Śmidowicz – Piwojad
Krzysiu z Warszawy
Radek Gołębiewski
Daniel Krysztofiak – Instagram

Przydatne linki

Cała trasa naszej wyprawy na RWGPS

 

Rezerwat Przygody na Instagramie
Rezerwat Przygody na YouTube
Rezerwat Przygody na Stravie

Podobał Ci się artykuł? Dodaj swoją ocenę!

Kliknij, aby ocenić

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów 8

Dodaj pierwszą ocenę!

Dodaj komentarz

You may also like