Great Lakes Gravel 2020 – relacja

autor: Piotr Wierzbowski
0
(0)

Koniec września to nieuchronny koniec sezonu bikepackingowego. Długie i zimne noce przypominają, że czas skłaniać się powoli ku Zwiftowi lub jeździe przełajowej. Tym bardziej oczekiwałem z niecierpliwością ostatniej większej imprezy gravelowej w Polsce – Great Lakes Gravel 2020.

Nie oczekuj niczego, ale…

Mając już pozytywne wrażenia z wcześniejszego objazdu trasy wyścigu (możesz o tym przeczytać tutaj), wiedziałem, że będzie dobrze. Upewniłem się również, że jedyne, co pozostaje mi zrobić, to spakować sprzęt, dobrze się wyspać i oczekiwać niezwykłej przygody.
Decydując się na jazdę bez spania godziłem się z tym, że przez część wyścigu zamiast pięknych widoków, będę mieć przed oczami jedynie szuter oświetlony lampką. Obiecałem sobie jednak, że za dnia będę cieszyć się każdą sekundą przejazdu i każdym pocztówkowym obrazkiem, jaki napotkam.
Mając to na uwadze, po dwóch nocach przespanych do oporu, spakowawszy sprzęt zgodnie z listą kontrolną, 24 września pojawiłem się zwarty i gotowy w Wilimach.

Miasteczko rowerowe

W tamtejszym Pensjonacie pod Dębem organizatorzy urządzili nie tylko paddock i start ultramaratonu, ale wręcz całe miasteczko rowerowe. Nie zabrakło też serwisu od CentralaGravelowa oraz strefy expo, gdzie przedstawiciele polskiej marki Accent pokazywali swoje najnowsze produkty. Od razu przyciągnął mnie Freak, który był moim pierwszym wyborem jako rower gravelowy jesienią ubiegłego roku. Z powodu jego niedostępności, a raczej braku wiedzy o nim w sieci sprzedaży, ostatecznie wybrałem swojego czarnego rumaka ze stajni Rondo. O ile nie planuję zmiany mojego Ruuta, to po jeździe testowej Freakiem, którą odbyłem w przeddzień startu jestem przekonany, że ten sprzęt nie bez powodu nosi swoją zwariowaną nazwę – żwawo poniesie każdego gravelowego freaka ku szalonej przygodzie!

Największą jednak radością w tego rodzaju imprezach, obok samej jazdy i pokonywania kilometrów, jest spotkanie z innymi uczestnikami wyrypy. Na co dzień niewiele osób rozumie naszą pasję. Tutaj przyjeżdżasz i czujesz się jak w domu. Ba, nawet uświadamiasz sobie, że są większe świry od Ciebie. Jedni pokonują większe odległości, przy których bledną Twoje tysiące kilometrów rocznie. Drudzy mają każdy element garderoby (a nawet opaski zaciskowe przytrzymujące plastron) idealnie dopasowane do koloru ramy. Jeszcze inni zamierzają ukończyć zawody w czasie, kiedy Ty nie dotrzesz nawet do półmetka. Okazuje się, że jesteś normalny i możesz czuć się zrozumiany!

Moich pierwszych towarzyszy spotykam w pokoju udostępnionym przez Panią Bożenę z Pensjonatu Pod Dębem. Z Robertem, Adrianem i Szymonem nie startowaliśmy razem, nie spotkaliśmy się na trasie, ale to na pewno nie było nasze ostatnie kolarskie spotkanie.
Spotykam również moich rowerowych przyjaciół z Pomorskiej 500, czy Wisły 1200. Jeden z nich, Daro, w przypływie desperacji, startuje nieoficjalnie, bez numeru startowego. Walczył do końca o możliwość zapisania się, ale okazuje się, że z miejscami na dobrych zawodach gravelowych w Polsce jest jak z papierem toaletowym na początku pandemii – nie kupiłeś od razu, nie masz. To doskonale ukazuje, jak duży jest rynek i jak wiele szutrówek może jeszcze wchłonąć. Nieprzekonani wciąż startują na rowerach mtb, co sprawdza się naprawdę dobrze w przygodowych imprezach, jak Wisła 1200. Jednak gravele, oprócz swojej wszechstronności, mają do zaoferowania specyficzną filozofię, związaną nierozerwalnie z outdoorowym stylem życia. Nieważne, jakim rowerem się jeździ, byle czerpać z tego przyjemność. Gravele są jednak nieco szybsze od górali (oczywiście na szutrach) i bardziej uniwersalne na co dzień, niż szosówki. Nie konkurują z nimi. Doskonale uzupełniają rynek i stają się źródłem wciągającej przygody.

DZIEŃ PIERWSZY

Start

Podróż wgłąb samego siebie zaczyna się dla mnie i siedmiorga innych zawodników o 7:10. Elektroniczny zegar oblicza minuty, później sekundy do startu. Paweł Kuflikowski werbalizuje wskazania wyświetlacza, dodając otuchy. Ada Saniewska robi zdjęcia. Każdy z zawodników na linii startu ma jakieś plany nawet, jeśli założeniem jest jazda bez planu, byle do przodu, z uśmiechem na twarzy. Wiemy, że za jakiś czas uśmiech powoli będzie ustępować grymasowi zmęczenia, ale to normalny proces. Dorota wspomina, że tym razem jedzie dla siebie, bez kamery i aparatu. Ja i Rafał mamy zamiar złamać 27 godzin. Startujemy!

Zdjęcie dzięki uprzejmości Doroty Juranek (mambaonbike.pl)

Pierwsze kilometry mijają swobodnie. Przecinamy poranną mgłę w peletonie, rozkoszując się dźwiękami opon na szutrze. Otaczają nas pola, powoli ustępujące miejsca młodnikom i starszemu lasowi. Z uwagi na plan, ruszamy z Rafałem nieco żwawiej, jednak na tyle spokojnie, by utrzymać równe tempo. W jeździe długodystansowej nie liczy się chwilowa siła. Cenniejszą okazuje się wydolność i silny mental. Ponadto, wbrew pozorom, ultramaratony to gra taktyczna i często zespołowa. Owszem, można jechać samemu. Jednak każdy, kto zderzył się z kryzysem, kto musiał negocjować z ciałem i umysłem dalszą jazdę wie, że towarzysz podróży u boku jest wtedy jak najbliższa osoba. Dlatego maratonowi „chwilowi przyjaciele” często zamieniają się w wieloletnich znajomych. Czuję się więc bezpiecznie i rozkoszuję się pejzażami Warmii tuż po wschodzie słońca.

Dla takich chwil warto ponosić trud jazdy długodystansowej

Wyprzedzamy kilku zawodników z wcześniejszych grup startowych. Rozpoznaję wśród nich Darka, z którym jechałem Wisłę osobno, a jednak razem. Ja pokonywałem dystans mozolnie, bez spania. On odpoczywał i codziennie wyprzedzał mnie na trasie. Teraz śmiejemy się, że niedługo mnie dogoni. Wszyscy życzą sobie powodzenia i rozjeżdżamy się.
Bardzo podoba mi się nie tylko klimat zawodów gravelowych. Tworzą go ludzie, którzy w nich startują. Oczywiście generalizuję, jednak w trudzie wielogodzinnych, często wielodniowych podróży, rodzi się poczucie empatii i wzajemnego zrozumienia. Kiedy staniesz, zawsze ktoś spyta Cię, czy wszystko jest w porządku, czy może potrzebujesz pomocy. Niewiele osób ciśnie do przodu za wszelką cenę, nie oglądając się na innych uczestników.

Tutaj muszę wspomnieć swoją przygodę z kółeczkiem od przerzutki podczas Pomorskiej 500, kiedy stojąc po kostki w błocie już żegnałem się z zawodami. Zatrzymał się Przemek z gravelowy.pl i jako doskonały mechanik zaoferował mi pomoc. Razem z nim jechał Rafał, który bez mrugnięcia okiem czekał na dokończenie prowizorycznej naprawy, po czym pojechaliśmy razem.

Pierwszy postój

Z tym samym Rafałem, kilka miesięcy później, pokonujemy pierwsze 50 kilometrów trasy GLG. Chwilę później zatrzymujemy się pod sklepem w miejscowości Pilec. Do pierwszego postoju zachęca nas widok innych kolarzy, posilających się i uzupełniających płyny. Stwierdzamy z Rafałem, że dzielenie dystansu na kilkudziesięciokilometrowe odcinki to dobry pomysł i dołączamy do grona uśmiechniętych uczestników drożdżówkowej biesiady.

Grupowa biesiada drożdżówkowa

Za Gronowem nie ma już śladu mgły, a nieco zasnute niebo zastępuje błękit. Słońce świeci bardzo przyjemnie, ale nie jest zbyt gorąco. Stwierdzamy, że wygraliśmy pogodę jak na loterii. Co prawda w nocy ma delikatnie padać, ale nie takie ulewy przejeżdżało się wcześniej. Kilometry szutrów mieszają się z pierwszymi odcinkami brukowymi. Opowiadam Rafałowi, jak po objeździe trasy sprzed dwóch tygodni stwierdziłem, że kocie łby są dla Great Lakes Gravel tym, czym betonowe płyty dla Wisły 1200. Mój kompan nie cieszy się z tego, ale jak przystało na wytrawnego szutrowca, przyjmuje informację do wiadomości bez grymasu. Widząc na horyzoncie kolejnych zawodników, jedziemy dalej.

Wilczy Szaniec

Cały czas we dwóch docieramy do głównej kwatery Adolfa Hitlera z lat 1941-1944, czyli Wilczego Szańca. Po bardzo krótkim pit-stopie ruszamy dalej. W kolejnej grupie spotykamy Wojtka, który rozpoznaje mnie jako autora bloga. Bardzo cieszy mnie jego opinia o artykule o przygotowaniu się do ultramaratonu i fakt, że ten pomógł mu w dopracowaniu tematu oświetlenia.

Spotykając się z kolejnymi zawodnikami docieramy do drugiego postoju. Tym razem zatrzymujemy się w Ogonkach, znowu w innym miejscu, niż zaznaczyłem na planie. Ale „Restauracja nad Stawem” leży nad… Jeziorem Święcajty, wygląda na otwartą, a chłopaki mają ochotę na smażoną rybę. Mi pozostają pierogi ruskie. Paradoksalnie nie mogę doczekać się najbliższego Orlenu. Ten przyjazdy wegetarianom będzie za 158 km. Wiedząc o tym, nie marudzę i wciągam pierogi wraz z surówką, popijając colą i kawą. Rafał pochłania rosół, zagryzając go spaghetti. Jeden z uczestników biesiady ma problem z oponą, która nie chce wejść na rant obręczy. W takich przypadkach idealnie sprawdza się przejściówka z presta na schradder – kosztuje ok. 7 złotych, a może zaoszczędzić sporo nerwów i machania małą pompką. Podjeżdżasz do najbliższego kompresora, nabijasz oponę tak, by dobrze osadziła się na obręczy i spuszczasz ciśnienie do pożądanego

Pit-Stop Pani Miry 

Po pierwszym zakręcie za restauracją spotykają nas dwie fajne rzeczy, a raczej osoby. Pani Mira – mama Kamili, jednej z uczestniczek wyścigu, stoi na stworzonym przez siebie pit-stopie z wodą i bananami. Głośno dopinguje i zachęca do skorzystania z dobrodziejstw, jakie ze sobą przywiozła. Ponieważ i tak planowaliśmy uzupełnić zapasy wody w Lewiatanie w Pozedrzu, na 126. kilometrze, zatrzymujemy się u Pani Miry, kilka kilometrów wcześniej. Po wyścigu Kamila opowie, że jej mama i brat tak szczodrze obdarzali innych, iż dla niej pozostał jeden banan i resztka wody. 🙂 Kolejny przykład na niesamowitą postawę gravelowców i ich bliskich.

Twarzą w twarz z Panią Mirą i nie do końca w ten sam sposób z Arturem 🙂

Podobne pit-stopy, czasem nawet samoobsługowe, spotkasz na innych zawodach. Wyobraź sobie odludzie, środek nocy, a tam dosłownie znikąd stoją lampiony odstraszające owady, skrzynki z bananami, pomarańczami, jabłkami, wodę, colę, czy nawet spray przeciw komarom. I nie ma komu osobiście podziękować. Tym razem dziękujemy Pani Mirze i ruszamy w dalszą drogę. Od tego momentu we trójkę, ponieważ na pit-stopie dołącza do nas Artur. Jak okaże się później, to my dołączyliśmy do niego, ponieważ na koniec Artur zachowa więcej sił od nas.

Mazurskie szutry wiją się malowniczo. Łyse po żniwach pola ponownie ustępują miejsca lasom. Wieje dosyć intensywnie, ale wiemy dwie rzeczy. Po pierwsze wieje tak samo dla każdego, więc nie ma co narzekać. Po drugie za kilkanaście godzin będziemy przejeżdżać przez Puszczę Romincką, co osłoni nas przed podmuchami. Później z kolei będzie wiało w plecy, ponieważ trasa Great Lakes Gravel to nieregularna pętla.

Piękna Góra i Gołdap

Ze średnią około 24 km/h docieramy do kolejnego malowniczego miejsca na trasie – Pięknej Góry, która jest ostatnim odcinkiem specjalnym przed planowanym postojem w Gołdapi. Nie próbujemy wjechać na szczyt. Od razu zakładamy, że wchodząc oszczędzimy nie tylko łańcuchy, ale przede wszystkim nogi. Po bardzo atrakcyjnym zjeździe z góry przystajemy przy tamtejszej restauracji, okupowanej przez co najmniej dwudziestu szybszych od nas zawodników. Z powodu braku opcji wegetariańskiej wspólnie decydujemy o powrocie do pierwotnego planu, czyli postoju na stacji Huzar, tuż obok trasy, kilka kilometrów dalej. Tam z radością zamawiamy zapiekanki i zaopatrujemy się w inne szybkie kalorie. Postój trwa aż 40 minut. To dokładnie 10 minut więcej, niż planowaliśmy, ale w ogóle nie przejmujemy się tym. Naszym celem jest cieszyć się podróżą, a nie zabijać o każdą minutę. Trzymanie się planu ma jednak dobre strony. Wiedząc, że czas zbierać się do drogi, możesz podjąć decyzję o wstaniu z krawężnika wcześniej i łatwiej, niż jadąc zupełnie bez planu. Poza tym czeka nas dłuższy odcinek leśny, więc tym bardziej warto ruszyć za dnia.

Puszcza Romincka

Puszcza Romincka to najbardziej wysunięta na północ część Mazur Garbatych. W tym kompleksie leśnym Polska styka się z Obwodem Kaliningradzkim, a zupełnie niedaleko zobaczysz na mapie terytorium Litwy. Przejeżdżamy dosłownie sto, może dwieście metrów od rosyjskiej granicy, już po zmroku. Mając to na uwadze, wyłączamy roaming w telefonach. Opłaty za transfer danych z działających w tle aplikacji poprzez rosyjską sieć komórkową mógłby być droższy od dobrego posiłku. Wolimy wydać te pieniądze na popas na Orlenie w Olecku. 🙂

Prosty odcinek wzdłuż granicy z Rosją. Zdjęcie wykonane podczas wcześniejszego objazdu

Nieco zmęczeni przejeżdżamy skręt w prawo, ale zanim nasze nawigacje nam to pokażą, słyszymy przyjazny, lecz donośny okrzyk strażnika granicznego: „W prawo! Musicie jechać w prawo! Wszyscy wcześniej tam skręcali!” Dziękujemy pogranicznikom siedzącym w ciemnozielonej terenówce i wracamy na trasę. Przez najbliższe kilkanaście kilometrów czekają na nas leśne przecinki z odrobiną wszystkiego, szczególnie szutrów, piachu i gliny. Wszystko przejezdne, wymaga jednak skupienia i poprawnej techniki. I tutaj nachodzi mnie kolejna refleksja – jazda gravelowa bardziej zużywa energię nie tylko poprzez konieczność balansowania i pokonywania nierówności terenu, ale również poprzez potrzebę nieprzerwanego skupienia na drodze i wyboru ścieżki jazdy. Jeden mały błąd, jeden kamień, jedna nieprzewidziana dziura i stoisz z przebitą dętką. Teoretycznie mleko i opony bezdętkowe mają przed takimi sytuacjami zabezpieczyć, ale zbyt często widziałem sikające na wszystkie strony mleko po najechaniu na przeszkodę, by nie zalecać zabrania ze sobą dętki również zawodnikom korzystającym z systemów bezdętkowych.
Szczęśliwie i bez defektów docieramy do tak zwanych akweduktów. Zastanawiamy się z Rafałem i Arturem, dlaczego zbudowane przez Niemców w latach 1907-1926 mosty kolejowe otrzymały taką nazwę. Później Rafał sprawdzi, że ma to współczesne podłoże marketingowe i nic wspólnego z pierwotnym przeznaczeniem budowli.

Półmetek

Na długim, bardzo intensywnym podjeździe cieszymy się, że zaraz będzie półmetek. Pomimo zmęczenia (a może właśnie przez nie) zastanawiamy się, czy za pagórkiem czeka na nas impreza. Ku naszemu zaskoczeniu, istotnie na 235. kilometrze stoją zawodnicy, a ich migające lamki można by z daleka wziąć za dyskotekowe stroboskopy. Brakowało tylko muzyki, ale i tak poczułem się, jakbym dojechał na fiestę.
Po krótkim postoju ruszamy i po kilku przejechanych kilometrach mijamy rynek w Przerośli, gdzie widzimy innych zawodników. Pozdrawiamy się i znikamy w ciemnościach brukowanej drogi. Dzielimy trasę na mniejsze odcinki, na końcu których odpoczywamy. Do następnego takiego postoju pozostaje nam 38 kilometrów. Jadąc układam sobie w głowie menu i biję się z obawą, że zawodnicy przed nami dokonali już spustoszenia w zapasach oleckiego Orlenu. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak jechać dalej i sprawdzić sytuację osobiście. W najgorszym razie zjem jakąś kanapkę, ale coś wciągnę na pewno. Dodatkowo Rafał dowiaduje się, że jego przyjaciel, Grzesiek, jest właśnie w Olecku i z przyjemnością wyjedzie nam na spotkanie na stacji. A więc ktoś na nas czeka! Jedziemy.
Pomimo, że noc jeszcze młoda, zaczynamy odczuwać pierwsze objawy zmęczenia. Łączymy się w grupy, raz jedziemy nawet w ośmiu. Jednemu zawodnikowi, jadącemu na wypożyczonym Freaku, ociera lekko hamulec, wydając specyficzny dźwięk. Rafał śmieje się, że nie tylko jego rower wydaje dziwne odgłosy – od kilkudziesięciu kilometrów słyszymy metaliczny dźwięk z okolic tylnego koła jego roweru. Po sprawdzeniu wszystko wydaje się być na miejscu, więc kontynuujemy jazdę. Uznajemy, że jego rower trochę się zmęczył.

Rospuda

Kiedy zbliżamy się do krystalicznych wód Rospudy (wiem, że takie są, ponieważ tę część trasy pokonałem za dnia dwa tygodnie wcześniej ;)), odpoczywamy chwilę na odcinkach asfaltowych. Jedziemy gęsiego, aby było bezpieczniej. Ruch jest niewielki, ale świadomi ostatnich wydarzeń na drogach z udziałem kierowców samochodów i kolarzy, wolimy nie kusić losu. Mijamy zebrany na poboczu gang właścicieli golfów i starych, tuningowanych passatów, ale ku naszemu zaskoczeniu machają nam i pozdrawiają. Nieco dalej kilku z nich wyprzedzi nas, zachowując co najmniej dwumetrowy dystans. Miło.
Czuję, że za mną ktoś jedzie, ale nie wiem kto. Oglądam się, by upewnić się, że to Rafał, ale widzę tylko białe światło lampki. Po wjeździe na szuter, słyszę nie ten dźwięk. Zamiast odgłosu koła Rafała dochodzi do mnie rytmiczny dźwięk hamulca. Oglądam się i nie widzę nikogo innego. Zostaję więc, aby poczekać na towarzysza podróży. Jak okazuje się po kilku minutach, Rafał musiał stanąć i coś zjeść. Znam to uczucie. Co więcej, dopadnie mnie jakieś dziesięć kilometrów dalej. Wtedy Rafał poczeka na mnie. Tym bardziej lubię taką jazdę. Kiedy jest dobrze, można cieszyć się drogą. Kiedy pojawiają się schody, można liczyć na kompana.

Pit-stop w Olecku

Świadomość bliskości celu, jakim jest upragniony Orlen, rozmywa zmęczenie i żwawo docieramy do Olecka. Tracking w GLG działa tak dobrze, że Grzesiek, śledząc nas na żywo, wyjeżdża z bocznej uliczki dokładnie w momencie, w którym go mijamy. Aby dotrzeć na ucztę, nie musimy zjeżdżać daleko z trasy rajdu. Głośno przypominamy sobie jednak, aby wrócić na nią dokładnie w tym miejscu, w którym ją opuszczamy. Dwanaście minut przed zaplanowanym czasem docieramy na stację.

Szczęśliwi na stacji Orlen w Olecku. Fot. Grzesiek Sulima (@trojmiejskaszosa)

Napiszę to ponownie, pomijając wszelkie animozje – Orlen jest najlepszym przyjacielem ultramaratończyka rowerowego, szczególnie w przypadku wege. Pochłaniam więc upragnionego wege-burgera, wciągam] dużą kawę, kupuję napoje na zapas i spokojnie odpoczywam. Artur, który przyjechał na stację z szybszą grupą, deklaruje dalszą chęć wspólnej jazdy i czeka na nas. Dogadujemy się również z Maćkiem, który wyruszył na trasę prawie dwie godziny po nas i szybkim tempem zrównał się z nami w Olecku. Do naszej czwórki dołącza jeszcze Adam, a ponadto Grzesiek chce nas odprowadzić rowerem poza swoje rodzinne miasto.
Zdjęcia poniżej: Grzesiek Sulima (@trojmiejskaszosa)

DZIEŃ DRUGI

Ruszamy w najdłuższy, 122-kilumetrowy odcinek bez dłuższego postoju. Następny pit-stop ma być na Orlenie w Mikołajkach. Pierwotnie planowaliśmy zawitać tam o 5:30. Wiemy jednak, że złapiemy obsuwę. Jesteśmy trochę zmęczeni, ponadto wyjeżdżamy o 23:10, czyli dwadzieścia minut po czasie.
Przed nami najbardziej malownicze szutrowe odcinki tego wyścigu, jednak pokonamy je po ciemku. Nie zobaczymy więc najbardziej malowniczych szutrowych autostrad za Jaśkami (a przynajmniej nie w pełnej okazałości), czy największego jeziora w Polsce, czyli Śniardw.
Jazda w szóstkę przebiega przyjemnie, na ile przyjemne może być pokonywanie polnych dróg w środku nocy. Czerpiemy z tego jednak maksymalnie dużo radości, a Grzesiek robi nam zdjęcia. Stwierdzamy, że nie słychać w naszych głowach niecenzuralnych słów, czy epitetów w stronę organizatorów. Może jednak jest za lekko? 😉 Chyba jednak w sam raz, po protu trasa ma flow.
Zdjęcia poniżej: Grzesiek (@trojmiejskaszosa)

Tak docieramy do Świętajna, gdzie żegnamy się z przyjacielem Rafała i kontynuujemy podróż w piątkę. Głośno rozważamy, która pora nocy jest najtrudniejsza. Okazuje się, że każdy ma nieco inaczej. Artur i ja najgorzej znosimy brzask. Pewnie dlatego o świcie zacznę bawić się w fotografa, aby odwrócić swoją uwagę od narastającego zmęczenia. Ale do tego czasu musimy pokonać jeszcze jakieś dziewięćdziesiąt kilometrów. Planowane krótkie postoje na wyprostowanie się, zjedzenie czegoś i chwilę oddechu planujemy co 30 kilometrów. Ostatecznie zatrzymujemy się mniej więcej co 20 kilometrów, kiedy tylko któryś z nas poczuje się słabiej, aby nie rozbijać grupki. Na jednym z takich postojów Adam podejmuje decyzję o biwakowaniu i odłączeniu się od nas.

Pić się chce…

Po mocno zakonserwowanym jedzeniu ze stacji chce mi się pić i poziom zapasów wody mocno spada. Artur oddaje mi część swojego picia. Dzięki jego pomocy czuję się spokojniej. Nieco później decyzję o spaniu podejmuje również Rafał, ale nie jest przekonujący, nawet dla samego siebie. Pomimo senności jedzie dalej, we czwórkę umilamy sobie podróż rozmową.
Będąc gdzieś pomiędzy Oleckiem a Mikołajkami możemy obserwować na trackingu, jak sto kilkadziesiąt kilometrów przed nami, na mecie w Wilimach rozgrywa się pojedynek tytanów. Bartek Przybylak, zwycięzca tegorocznej edycji Robinsonady rywalizuje zawzięcie ze zwycięzcą Wisły 1200 i PGR, Radkiem Gołębiewskim. Ostatecznie pojedynek o włos wygrywa Radek, a Bartek wyprzedza trzeciego na mecie Łukasza Ugarenko, startującego spoza grupy pościgowej. Oficjalne wyniki GLG znajdziesz tutaj.

Mikołajki

Z objazdu trasy wiem, że przed Mikołajkami czeka nas długi odcinek pokryty nierównym brukiem. Okazuje się jednak, że przejeżdżając go po ciemku, zapamiętałem drogę gorzej, niż wygląda oświetlona wielokolorowym światłem świtu. Zatrzymuję więc chłopaków na kilka zdjęć (nie protestują) i tak, uwieczniając piękne okoliczności przyrody, docieramy do Mikołajek. Promenada jest pusta, wybija 6:30. Na Orlen docieramy przed 7:00 i spokojnie ogarniamy gravelowe śniadanie.
Do mety pozostaje nam 75 kilometrów. To naprawdę niewiele. Pogoda zapowiada się doskonale, więc nasze morale są dobre. Najlepsze u Artura, który rusza z kopyta i po kilku kilometrach znika wraz z Maćkiem za horyzontem, nawet nie zauważam kiedy. Nieco później doganiamy Maćka, ale z Arturem będziemy widzieć się już na mecie. Skąd ten facet miał tyle sił na koniec? Później zdradzi, że spieszył się do rodziny, która czekała na niego nad Jeziorem Dadaj, bo już się za nimi stęsknił.
Droga do Mrągowa przebiega pod znakiem rozmów i podjazdów. Najdłuższy, pod Górę Czterech Wiatrów, ma kilkaset metrów długości i na tym etapie czuję go wyraźnie w nogach. Chyba czuliśmy wszyscy, bo nikt już nie chciał ścigać Artura.

Mrągowo i prawie ostatnia prosta

Tuż przed Mrągowem trasa skręca nagle w prawo, a szuter ustępuje miejsca ciekawemu singlowi, ostro zjeżdżającemu w dół ku Źródełku Miłości. W euforii, zamiast zwolnić, przyspieszam i pokonując jedną z nierówności szlaku dobijam przednią obręczą. Czekam na charakterystyczny dźwięk schodzącego powietrza, ale ten nie dochodzi. Opona Zipp Tangente Course G40 okazuje się łaskawie przyjąć siłę uderzenia, a dętka szczęśliwie nie zostaje uszkodzona przez obręcz koła. Tym radośniej mijamy amfiteatr w Mrągowie i po przejechaniu kilku kilometrów zatrzymujemy się na ostatni, tym razem krótszy od poprzedniego postój.

Wspólnie dochodzimy do wniosku, że końcowe 35 kilometrów to ukłon organizatorów w stronę zmęczonych zawodników. Po przejechaniu kilku typowych szutrowych dróg, wyjeżdżamy na asfalt o bardzo małym natężeniu ruchu. Pogoda jest optymalna. Skręcając w szutrowy odcinek cieszymy się ostatnią godziną wyścigu. Po kilkudziesięciu minutach na nawigacji widać już metę. Prawie widzimy ją w realu, a na pewno czujemy jej smak. Jeszcze kilka godzin temu marzyliśmy o tej chwili, a teraz trochę szkoda, że to już prawie koniec.
W Wilimach mijamy kolejny „akwedukt”, po którym sunie Intercity. My jedziemy w przeciwną stronę. Po chwili trasa pokrywa się już ze śladem, który nasze nawigacje narysowały nieco ponad 27 godzin wcześniej. Mówię do moich kompanów, że teraz nawet pieszo doszlibyśmy bez problemu. Ale nie musimy iść, rowery sprawdziły się doskonale. Przed startem każdy z nas miał inną wizję konfiguracji sprzętu, inne ubrania, różne lampki, czy odmienny pomysł na spakowanie się. Maciek ma swoje własne sakwy. Nie tylko jest ich właścicielem, ale te twórcą – sam je uszył. Prawdziwy fanatyk jazdy przygodowej.

Meta

Kiedy dojeżdżamy do ostatniego skrętu w stronę mety, mijamy Artura. Już bez roweru, pozdrawia nas z uśmiechem. Wjeżdżamy szpalerem na ostatnią prostą po łące. Stajemy pod bramą. Nieważne, że nie ma nikogo z organizatorów. 😉 I tak jesteśmy z siebie zadowoleni. Po chwili brawa biją nam osoby zajmujące się pomiarem czasu, jednocześnie prosząc o zwrot transponderów. Mój nie chce odbić, jakby nie było mnie jeszcze na mecie. Według komputera zjawiam się na finiszu nieco ponad minutę po Rafale i Maćku. Nieważne. Kiedy oddajemy kostki, przybiega do nas Pani Bożena z pensjonatu i serdecznie nam gratuluje. Naprawdę szczerze, jakbyśmy byli jej teamem! Z ochotą robi zdjęcia, więc postanawiamy jeszcze raz wjechać razem na metę, aby upamiętnić tę chwilę. Na zdjęciach widzisz remake, ale radość jest prawdziwa. Jak wszystko, co czuliśmy przed, w trakcie maratonu i po przyjeździe do Wilim. Piękno ultramaratonów w pigułce.

Pan Krzysztof oferuje wegetariańskie leczo, a Paweł, widząc nas przy ławie, gratuluje ukończenia i wręcza nam trofea – naprawdę oryginalne znaczki GLG, oprawione w białą, nowoczesną ramkę. Bardzo mi się ten pomysł spodobał. Powieszę obrazek, zamiast kolejnego medalu. Okazuje się również, że czeka na mnie dodatkowa nagroda za… przejechanie trasy maratonu dwa razy w krótkim odstępie czasu. Nie wiem, co powiedzieć, nie spodziewałem się. Za kupon na zakupy na eroe.cc mam zamiar nabyć najlepsze bibsy świata – w końcu będę mógł sprawdzić krążącą wokół ich jakości i wygody legendę!
Czuję się zmęczony, ale bardzo szczęśliwy.

Co było super?

Sprzęt sprawdził się znakomicie. Przydatny okazał się rozkład jazdy, czyli grafik pozwalający trzymać się planu. Ostatecznie rozminęliśmy się z nim o godzinę, jednak jestem przekonany, że bez takiego „bata” przyjechalibyśmy na metę później.
Impreza była bardzo dobrze zorganizowana (jedyne niedociągnięcia wymieniam poniżej), a wymiana informacji z organizatorem doskonała. Trasa idealna dla gravela, jednak wciąż ciekawa. Na pewno nie nudna i nie monotonna. Pogoda wymarzona.

Co bym zmienił?

Nie dowierzałem korzystnej prognozie pogody i zabrałem ze sobą za dużo ciepłych rzeczy. Dwa tygodnie wcześniej marzłem, ale to było przy 6 stopniach. Tym razem w nocy było 12-14 stopni, więc ani razu nie użyłem rękawków, nogawek, potówki z długim rękawem, długich rękawiczek czy kurtki deszczowej. Zostawiłbym je.
Rzeczy, które wiozłem w tylnych kieszeniach włożyłbym do Kierowniczki od JackPacka. Tyle, że ta będzie dostępna dopiero jesienią. 😉
I poprosiłbym organizatorów, żeby ktokolwiek był na mecie. Po kilkudziesięciu godzinach jazdy czuliśmy mały zawód, że nikt na nas nie czeka. 😉

Co było nowego?

Na pewno nową jakością był tracking – nie padały baterie, pokazywał dokładnie lokalizację, jak również kibice śledzący zawodnika mieli dostęp do wielu informacji, jak obecna pozycja w stawce.
Punkty kontrolne na trasie to też nowość, chociaż były tylko wirtualne. Dla mnie nie miały większego znaczenia.
Nowa była dla mnie Puszcza Romincka, której nie znałem, a która mnie urzekła. Na pewno wrócę w te strony bez ścigania, za to z aparatem.

PODSUMOWANIE

Każdy ze startujących jest zwycięzcą. Nawet Ci, którzy z różnych powodów wycofali się, są bogatsi o doświadczenie. Pozwolę więc sobie na krótkie podsumowanie, ponieważ i tak rozpisałem się nad wyraz. Zacytuję to, co niektórzy moi znajomi i towarzysze szutrowej podróży sądzą o Great Lakes Gravel 2020.

Niech to będzie puentą tej relacji. Do zobaczenia za rok!

PS Jeśli nie zapamiętałem Twojego imienia na trasie, nie czuj się proszę tym urażony. Napisz do mnie!

PS2 Przejazd trasą GLG dedykuję mojej cioci, która obecnie leczy się z choroby nowotworowej.
Korzystajcie z tego, że jesteście zdrowi i sprawni! Dbajcie o siebie!

MÓJ PRZEJAZD GREAT LAKES GRAVEL 2020 NA STRAVIE

Podobał Ci się artykuł? Dodaj swoją ocenę!

Kliknij, aby ocenić

Średnia ocena 0 / 5. Liczba głosów 0

Dodaj pierwszą ocenę!

Dodaj komentarz

18 komentarzy

Piotr Wierzbowski 2 października 2020 - 09:19

Każdy miał własną swoją przygodę. A może dopiero myślisz o wzięciu udziału w takiej imprezie? Śmiało dodaj swój komentarz! 🙂

Odpowiedz
Kuba nr 163 2 października 2020 - 11:53

Cześć,

czym robiłeś fotki?

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 2 października 2020 - 11:56

Cześć Kuba! Gratuluję wyniku!
Wszystkie moje zdjęcia zrobione są iPhonem XR. Zdjęcia zrobione przez Grześka (nocne) jakimś bezlusterkowcem Sony. Zapytam go i powrócę z odpowiedzią. 🙂

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 6 października 2020 - 23:18

Kuba, zdjęcia Grześka były wykonane Sony a7 III prawdopodobnie z obiektywem Samyang 24 mm 2.8 🙂

Odpowiedz
Marek 2 października 2020 - 12:25

Witam na wstępie chciałbym powiedzieć że super impreza . Razem z Darem dojechaliśmy do mety było super. Już za rok planuję następny start. Pozdrawiam

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 2 października 2020 - 16:41

Cześć Marku! Gratuluję, też bardzo mi się podobała. Mając porównanie do innych ultramaratonów, muszę przyznać, że jak na pierwszy raz organizatorzy naprawdę dali radę. Czekamy więc na kolejne edycje!
Właśnie tworzę artykuł z kalendarzem imprez w 2021 i ich opisem. Pamiętaj, żeby zajrzeć na blog w najbliższy piątek!

Odpowiedz
MIchał 2 października 2020 - 12:39

Dzięki za super relację oddającą ducha maratonu 🙂 Nawet załapałem się na fotę pod sklepem w Pilcu 😉
pozdrawiam! @trichodzik

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 2 października 2020 - 16:42

Cześć Michale! Pod sklepem był klimat, pomimo, że to dopiero początek. 🙂 Gratuluję i do zobaczenia na szlaku!

Odpowiedz
Krzysztof #124 2 października 2020 - 12:40

Polecam jedzenie liofilizowane! Ja korzystałem z LYO, z racji tego że miałem obawy o dostępność bezmięsnego jedzenia na trasie. LYO ma opcje wege i vegan zarówno jako śniadania (owsianki) jak i obiady (makarony risotto etc.) Mili Państwo za puszczą Borecką (swoją drogą wartą odnotowania bo dużo piękniejsza niż Romnicka) pozwolił nam skorzystać z jego ogródka, poczęstował wrzątkiem do zalania torebek. Wodę dostaniemy wszędzie – więc stresu z brakiem wege jedzenia jakby mniej.

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 2 października 2020 - 16:47

Krzyśku, bardzo pożyteczna opinia! Dzięki! Właśnie zaczynam głębiej eksplorować ten temat i na pewno skorzystam z Twojej podpowiedzi.
Prawda, że po drodze można spotkać sporo życzliwych osób?
Gratuluję wysokiego miejsca i do zobaczenia w przyszłym roku na trasie któregoś z maratonów! 👋

Odpowiedz
Artur 137 2 października 2020 - 13:50

Pięknie napisane i okraszone super zdjęciami. Do zobaczenia na szlaku 🙂

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 2 października 2020 - 16:49

Arturze… pięknie pojechane z Twojej strony! 🙂 Jestem pełen podziwu dla Twojej siły pod koniec dystansu! 💪
Sama przyjemność jechać z Tobą i jeszcze raz dzięki za wodę! 👍

Odpowiedz
Kuba 163 3 października 2020 - 00:20

Ciekawa sprawa z tymi szytymi sakwami Macka. Masz może fotkę? Wiem że Rafał też kiedyś szył.

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 3 października 2020 - 01:28

Kuba, na jednym ze zdjęć widać jasnozielone – w ramie i podsiodłówkę. Nie zrobiłem zbliżenia.

Odpowiedz
maciej 13 października 2020 - 12:21

Hej, gratuluję świetnego wyczynu i jeszcze lepszej dokumentacji/relacji.

Planuję trasę pojechać w październikowy weekend i rekrutuję ekipę w związku z czym mam do Ciebie dwa pytania, które jednocześnie są najczęściej powtarzającymi się wątpliwościami:

1. Na oko ile na trasie jest asfaltów i czy pamiętasz jakieś przygody z samochodami, ruchem samochodów (w skrócie czy spokojnie to można jechać także po ciemku)?
2. Czy na szutrach jest dużo tarki czy raczej są dobrze utrzymane?

Dziękuję i idę dalej udostępniać Twoją relację 🙂

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 14 października 2020 - 17:44

Cześć Maćku!

Dzięki za 👍 😀

Pomysł z objazdem jest bardzo dobry – trasa jest naprawdę ciekawa.
1. Asfaltów jest mniej więcej połowę na początku, w okolicach Rospudy o trochę na koniec. Poza tym są w mniejszości. Ruch jest niewielki, poza kilkoma krótkimi odcinkami, gdzie wciąż nie był uciążliwy. O ile macie oświetlenie, nie ma się czego obawiać.
2. Szutry są różne, ale w 70% bez tarki czy nierówności. Do tego stopnia, że nieraz zjeżdżając z kiepskiego asfaltu na dobry szuter czujesz ulgę. 🙂 Jednak pamiętajcie o bruku – tego też trochę jest, ale do wytrzymania. 😉

Ogólnie trasa jest zróżnicowana i ciekawa. Nie ma nudy. Co ważne, jest też sporo agroturystyki wokół!

Dzięki i do zobaczenia na szlaku! Jeśli masz jakieś dalsze pytania, pisz śmiało! 👍

Odpowiedz
Piotr 18 listopada 2020 - 12:27

Ajjj, szkoda że się nie załapałem na edycję 2021 🙁

Znasz może właściciela tego Breezera? Zastanawiam się jakie ma błotniki, czy to SKS BLUEMELS 28″ 53mm?

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 18 listopada 2020 - 14:50

Piotr, o którym zdjęciu mówisz?

No na POM500 trudno było. Pamiętaj, że tydzień wcześniej będzie http://wanogagravel.pl – jeśli nie masz szans na POM, możesz pojechać tutaj. Ja jadę w tym roku w trzech imprezach spod szyldu Polskiego Kolarstwa Przygodowego 😉

Odpowiedz

You may also like