Silk Road Mountain Race – reportaż Łukasza Ugarenki cz. 2

Reportaż Łukasza Ugarenki

autor: Piotr Wierzbowski

Raz na jakiś czas słychać pisk świstaków uciekających w popłochu na mój widok. Jest to zabawny widok. Śmieszy mnie choć wiem, że dla tych zwierząt jest to sytuacja stresująca. Odbiegając na moment od relacji z wyścigu dodam, że pchły żerujące na nich mogą być nosicielami dżumy, a przypadki tej choroby w dalszym ciągu pojawiają się od czasu do czasu w Kirgistanie czy Chinach. 

Następny sklep: 210 km

Choroba ta jest obecnie uleczalna, wystarczy prawidłowa diagnoza i odpowiednie antybiotyki. Świstaków nie udało mi się uwiecznić na zdjęciach, ale byłem świadkiem polowania na nie, mimo że początkowo myślałem, że chłopaki chcą zapolować na mnie, gdy znikąd pojawiła się Łada Niva, a w środku ludzie z bronią.

Ostatnie metry wspinaczki na przełęcz są na tyle strome, że kolejny raz pcham rower. Na płaskowyż, rozpościerający się na przełęczy, docieram już po zmroku. Ręce mam skostniałe z zimna, podobnie stopy. Na tej wysokości po zachodzie słońca robi się bardzo szybko zimno. Staram się więc czym prędzej dostać na drogę Kumtor Mining Road, prowadzącą w kierunku południowego wybrzeża największego jeziora Kirgistanu – Issyk-Kul, znajdującego się na wysokości około 1600 m n.p.m. Issyk-Kul to również drugie co do wielkości górskie jezioro na świecie.

Kilka nitek Jedwabnego Szlaku przecinających Kirgistan przechodziło właśnie wzdłuż jeziora Issyk-Kul, gdzie karawany zwykle odpoczywały przed dalszą podróżą przez Azje Środkową. Nad jeziorem jest zdecydowanie cieplej, a zmiana wysokości dodała mi sił i poprawiła humor.

Mijając pierwsze miasteczko nie udało mi się trafić na żaden otwarty sklep. Jadę więc do kolejnego 10 km dalej. Droga (wyjątkowo) jest asfaltowa, ze względu na późną porę nie ma już kompletnie ruchu, co daje okazję chwilę odpocząć, spojrzeć na telefon i odpisać na wiadomości – wszystko podczas jazdy, nie tracąc niepotrzebnie czasu.

W Tosor też już wszystko jest pozamykane, a ja w między czasie uświadomiłem sobie, że następny sklep jest ponad 200km dalej, co w tych warunkach oznacza mniej więcej 18 godzin samej jazdy, zakładając że wszystko pójdzie gładko.

Pomimo, że mam ochotę na dalszą podróż, zmuszony jestem zawrócić i poczekać aż otworzą sklep, bo prawdopodobnie brakłoby mi jedzenia a na tym etapie nie mam zamiaru niepotrzebnie ryzykować. W Kirgistanie większość sklepów otwierają około 9. Los mi jednak tym razem sprzyjał i udało się trafić na jeden mały sklepik czynny od 7. Nie zmienia to faktu, że źle zaplanowałem ten odcinek wyścigu, a także zaopatrzenie, co finalnie odbije się na końcowym wyniku.

Zaraz po otwarciu kupuje jedzenie i ruszam w drogę. Jestem wypoczęty, ładna pogoda i wysokość poniżej 2000 m sprawia, że czuję się naprawdę dobrze; humor mi dopisuje i mam ochotę na dalszą podróż. Przez to, że za długo spałem od rana w głowie przewijały mi się słowa najlepszych zawodników ultra, które brzmią: „nie wygrasz wyścigu jak będziesz spał”, więc tym razem nastawiam się na jazdę przez co najmniej 36 godzin. Do CP2 jest około 360 km i nieco ponad 6000 m przewyższeń do pokonania, wliczając w to Tosor Pass – przełęcz na wysokości 3893 m n.p.m. Droga na przełęcz jest relatywnie łatwa, przejezdna przez samochody terenowe, aczkolwiek ze względu na spore nachylenie i duże kamienie pojawiają się momenty, kiedy rower muszę pchać. 

Dotarcie na górę zajmuje mi niecałe 5 godzin, a będąc już na szczycie zapominam o całym włożonym wysiłku. Przede mną 150 km jazdy w dół, a później wspinaczka do CP2. Po drodze mijam samochód techniczny, kilku zawodników, a nawet trzy bądź cztery osoby jadące w przeciwną stronę, jest to bowiem fragment trasy, który należy pokonać dwa razy: raz w jedną, raz w drugą stronę. W Naryn – kolejnym mieście na trasie, jestem po północy. Jest Internet, rzucam okiem na mapę i widzę, że większość zawodników jadących przede mną zdecydowała się zatrzymać na noc w hotelu. Dostrzegam w tym swoją szansę na przesunięcie się w klasyfikacji szczególnie, że nadal czuję się dobrze. Zatrzymuje się więc tylko na chwile w okolicy dworca autobusowego, przy sklepie. Co ciekawe jest to jedyne miejsce na całej trasie, gdzie znalazłem sklep czynny 24/7. 

Łukasz Ugarenko

O AUTORZE

Na co dzień pracuje w firmie Aptiv, gdzie jako lider zespołu skupia się nad systemami aktywnego bezpieczeństwa w samochodach. Po godzinach reprezentuje Sports Camp, która organizuje wyjazdy kolarskie w ciekawe miejsca Europy.

Oprócz startów w krajowych wyścigach ultra, Łukasz eksploruje takie trasy jak na przykład Atlas Mountain Race, czy opisywany tutaj Silk Road Mountain Race. 

Chce na rowerze przejechać cały świat.

You are strong, third place!

Siedząc na ławce wzbudzałem spore zainteresowanie, szczególnie wśród pijanych kierowców rosyjskich ład i zdezelowanych mercedesów, dlatego po paru minutach odpoczynku pakuję jedzenie i ruszam dalej. O tej porze nie ma zbytnio ochoty na rozmowy w języku, którego prawie nie znam. 15 kilometrowy asfaltowy podjazd ze średnim nachyleniem około 4% pokonuje w nieco ponad godzinę. Będąc już za miastem mogę spokojnie się zatrzymać i dokończyć kolację. Jadąc nocą przesunąłem się w klasyfikacji na 3 miejsce. Rano okazało się jednak, że czeka mnie bardzo ciężki dzień – najbliższe kilkadziesiąt kilometrów to jazda pod wiatr, po lekko unoszącej się ku górze drodze, a na dobicie solidny podjazd na wysokość około 3600 m kończący się w strefie przygranicznej z Chinami. Na domiar złego, zaczynam czuć się coraz słabszy i wydaje mi się, że mam gorączkę. Jadę jednak dalej. 

Na końcu podjazdu czeka na mnie żołnierz pilnujący strefy przygranicznej z Chinami. Łamaną angielszczyzna mówi „You are strong, third place”. Było bardzo miło usłyszeć te słowa mimo, że do mety jeszcze kawał drogi. Kontrola paszportowa zajęła dobre 20 minut, ale z uśmiechem na twarzy czekam cierpliwie na załatwienie formalności. Kolejne kilometry mijają przyjemniej. Wiatr już nie wieje prosto w twarz, w dodatku droga jest niezłej jakości i w końcu lekko w dół, a CP2, znajdujący się w obozie nad jeziorem Kel Suu w jednej z jurt, jest coraz bliżej. Dosłownie na chwilę zapominam o trudach wyścigu i cieszę się z jazdy. Niestety jak zaczął się kolejny podjazd, już wiedziałem że coś jest nie tak z moim zdrowiem. 

Kompletnie opadłem z sił, doszły do tego problemy żołądkowe, a w dodatku głowa zaczęła płatać mi figle i pomyliłem trasę. Dogania mnie Axel – finalnie 2 na mecie, który uświadamia mi, że do CP2 jest dużo dalej niż początkowo sądziłem i nie będzie to łatwy kawałek trasy. Po chwili mi odjeżdża mimo, że starałem się by do tego nie doszło. Na CP2 wyglądam koszmarnie i podobnie się czuję. Wynajmuję łóżko w jurcie początkowo myśląc, że 3-4 godziny snu załatwią sprawę. Zostaję tam jednak ponad 16 godzin, co kompletnie rujnuje moje marzenia o dobrym wyniku. Garść leków pomogła pozbyć się gorączki, ale osłabiony byłem już do końca wyścigu. 

Wydaje mi się, że mogłem zatruć się wodą, którą piłem bezpośrednio ze strumieni wysoko w górach, a później również z rzeki. Chcąc oszczędzić kilka chwil odpuściłem sobie filtrowanie i uzdatnianie wody. Aczkolwiek, tak naprawdę, trudno mi powiedzieć gdzie tkwiła przyczyna, może po prostu dały się we znaki trudy wyścigu. Do tej pory mój najdłuższy start trwał nieco ponad 6 dni. Jak już udało mi się pozbierać, okazało się, że cała czołówka już dawno odjechała, ale i tak od tej pory nie był to mój największy problem. W dalszą drogę ruszam bardzo powoli, chętnie bym został w jurcie i spał dalej. Czeka mnie ciężka przeprawa przez Old Soviet Road, z krótkim odcinkiem o nachyleniu w okolicach 25-30% i drutem kolczastym czekającym tylko na to, by przebić opony nieostrożnym zawodnikom. 

Były odcinki, gdzie było naprawdę fajnie, czyli co 50-60 km był jakiś sklepik, mniejszy bądź większy. Ale były tez odcinki, gdzie przez 250 km nie było niczego.

- fragment podcastu z Łukaszem Ugarenko

O chlebie i wodzie

Następnie kilkadziesiąt kilometrów szutrową drogą wzdłuż granicy z Chinami, by na koniec, na dobicie, zmierzyć się z Tash Rabat pass 3964 m – najwyższy punkt wyścigu, przełęcz której końcówka jest kompletnie nieprzejezdna w obu kierunkach, a w dodatku niesamowicie stroma, a ja trafiłem tam już po zmroku. Czołówka ustawiona na pełną moc pozwoliła mi w miarę bezpiecznie sprowadzić rower przez przełęcz, następnie usiane kamieniami koryto rzeki, aż do drogi, mimo że ciągnęło się to w nieskończoność.

Tego dnia nic nie zjadłem poza odrobina Kirgiskiego chleba i wypiłem może jeden bidon wody. Bilans dnia to około 150 kilometrów, bardzo daleko od początkowych założeń. Idąc spać gdzieś przy drodze, lekko podłamany problemami zdrowotnymi, leżąc i próbując zasnąć, przypominała mi się rozmowa z Allanem sprzed dwóch dni, który stwierdził, że przecież teraz wystarczy przejechać dziennie 70km, żeby ukończyć wyścig w limicie czasu, a jestem przecież jakieś 400km od tej rozmowy. Mając taką perspektywę, a nie walkę o dobre miejsce, jestem w całkiem niezłej sytuacji. Do mety raptem 480 km, jedna mordercza przełęcz i kilka mniejszych do pokonania, jeden punkt kontrolny, a potem prosto do mety. Kolejnego dnia udaje mi się dojechać do CP3, znajdującego się nad jeziorem Son Kul. Punkt kontrolny ulokowany był również w obozie, w jednej z wielu jurt stojących na brzegu jeziora. Po całym dniu z własnym myślami była okazja porozmawiać chwilę z wolontariuszami, którzy otoczyli mnie opieką i nakarmili. W jurcie spędziłem godzinę, a o 22, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wsiadam na rower i ruszam dalej przy świetle czołówki walczyć z trasą. Jadę jeszcze 3, może 4 godziny i udaje mi się przejechać nieco ponad 30 km. Na nocleg zatrzymuję się gdzieś pomiędzy jednym podjazdem a drugim, zaraz przy trasie, niedaleko pasących się koni.

Kegeti Pass

Z samego rana pokonuje kilkunastokilometrowy malowniczy podjazd i w perspektywie została już tylko jedna wysoka przełęcz – Kegeti Pass (3780 m). Zanim tam dotarłem sporo się działo: miałem okazję spotkać rodaków podróżujących motocyklami po Kirgistanie, następnie pod sklepem pogadałem z Kirgizem, który był kiedyś w Warszawie, na chwile zasnąłem pod ścianą opuszczonego budynku czekając aż przejdzie burza, a na koniec jadąc spokojnie szybkim kamienistym zjazdem trafiłem w kamień tylną opona i ją przebiłem. Dziura była na tyle duża, że nie było mowy o tym, by płyn uszczelniający sobie poradził. Naprawę zacząłem więc od

wepchnięcia w dziurę kołka do opon, po czym pełen nadziei skorzystałem z pianki uszczelniającej, którą wziąłem właśnie na wypadek takiej sytuacji. Cała naprawa nie zajęła szczególnie długo, niestety po przejechaniu kilometra powietrze z koła uciekło, więc całą zabawę z kołem musiałem powtórzyć. Dalej był problem, bo powietrze uchodziło. Nie chciało mi się kolejny raz tego rozgrzebywać, w dodatku zbliżała się noc, a ja byłem niedaleko przełęczy. 

Doszedłem do wniosku, że będę pchać rower na górę, natomiast naprawą zajmę się już po drugiej stronie. To była dobra decyzja. Ostatni fragment szlaku na Kegeti Pass był wyjątkowo wredny, naprawdę wymagający i czasochłonny. Wyglądało to mniej więcej tak: rower podpychałem do góry, wciskałem hamulce, robiłem 2 kroki i cały proces powtarzałem w nieskończoność. Na szczęście ostatnie kilkaset metrów było nieco łatwiejsze, rower dało się pchać po wąskiej ścieżce. Niestety, zanim dotarłem do tej ścieżki,

niefortunnie stanąłem i lewa noga wpadła pomiędzy dwa duże kamienie. Trochę zabolało, ale nic sobie z tego nie robiłem. Do czasu.

Ze szczytu rozpościerał się piękny widok zarówno na stronę południową, jaki i północną. Po stronie północnej trasa jest przejezdna, więc nie czekając aż się ochłodzi zjeżdżam trochę niżej na resztkach powietrza. Obręcz jednak co chwile odbija się od większych kamieni, muszę się zatrzymać i w końcu naprawić porządnie koło. Póki jest widno robię wszystko, by tym razem załatać dziurę i pozbyć się problemu na resztę wyścigu. Wyciągam stare kołki i i wciskam 3 nowe, wlewam zapasowy płyn uszczelniający i pompuje, całość zajmuje może 5 minut. Nie jest źle, wygląda na to, że nowe kołki i dolewka płynu pomogły, mogę więc jechać dalej.

Wieczorem przejeżdżam niewielką miejscowość i w napotkanym sklepie robię zakupy. Niestety, jak zwykle, kilku lokalnych pijaczków, nie mając nic lepszego do roboty zaczyna mnie zaczepiać. Pakuję szybko jedzenie i odjeżdżam. Zmęczony i zniechęcony ich nachalnością kolejny raz nie podejmuję nawet próby rozmowy. Kilka kilometrów za wioską decyduje się na nocleg i zjeżdżam z drogi jakieś 30 metrów. Jest ciepło i przyjemnie. Okazało się jednak, że jestem trochę za blisko drogi, bo ktoś przejeżdżając obok, zauważył mnie i się zatrzymał. Czekam na rozwój sytuacji, a nie wiedząc jakie są zamiary zakładam szybko buty i szykuje się na najgorsze. Kierowca jednak nie podchodzi i na szczęście po chwili samochód odjeżdża, ja natomiast muszę się zastanowić czy nie byłoby bezpieczniej zmienić miejsca na nocleg. Decyduje się zostać tu gdzie jestem, tłumacząc sobie zachowanie kierowcy jako troskę i typową gościnność znaną z krajów muzułmańskich oraz ludzi mieszkających wysoko w górach. Nie pomyliłem się tym razem i w nocy już nikt mi nie przeszkadzał.

Złoty interes

Wstaje zaraz po wschodzie słońca. Plan jest prosty, chcę dziś w nocy dojechać do mety, do której zostało niecałe 200 km i około 4000 m przewyższeń do pokonania. Wszystkie wysokie przełęcze są już za mną, został mi jeden trudny odcinek, który będzie wymagał pchania roweru. Przez noc zeszło powietrze z koła, wyciągam kolejny raz pompkę. Kilka minut opóźnienia i w drogę. Przejeżdżam przez dwie kolejne wioski, a następnie kieruje się w stronę kopalni złota. Kirgistan jest jednym z krajów posiadającym bogate złoża tego kruszcu, niestety kopalnie powoli zaczynają przejmować Chiny. Przejazd przez teren kopalni miał być atrakcją dla zawodników, a dla mnie okazał się niezłą przygodą i kolejnym problemem do rozwiązania.

Miałem to „szczęście”, że zostałem zatrzymany przed bramą wjazdową, a po krótkiej rozmowie dowiedziałem się, że 20 minut wcześniej strażnicy dostali polecenie, by nikogo na rowerach nie wpuszczać. I tak rozpoczęły się dość ciekawe dwie godziny, ale przyznać muszę, że nic mnie już podczas tego wyścigu nie mogło zdziwić ani zaskoczyć, więc zaistniałą sytuację przyjąłem z uśmiechem na twarzy. Megacom, czyli sieć komórkowa, w której kupiłem kartę SIM wjeżdżając do Kirgistanu, nie miała w tym miejscu zasięgu, zatem niewiele sam mogłem zrobić, tak więc po chwili rozmowy ze strażnikiem udało mi się dogadać i zadzwonił do organizatora wyścigu, by poinformować o sytuacji. Spędziłem na bramie jeszcze sporo czasu, trochę pogadałem ze strażnikami, śmieszna to była rozmowa, gdy zna się raptem kilka podstawowych słów i zwrotów w języku rozmówcy.

Dowiedziałem się co ich trzyma w kraju, w którym perspektywy na lepsze życie są raczej marne, ile zarabia strażnik pracujący w kopalni złota, ile jej dyrektor, ile zarabia Kirgiski nauczyciel, gdzie mieszkają, a przede wszystkim, że nie mogą mnie puścić mimo, że bardzo by chcieli, bo straciliby pracę. Był też czas, by pokazać rower, sprzęt, opowiedzieć trochę o sobie i jak się teraz żyje w Polsce. Na takich prostych rozmowach minęło dobre dwie godziny, po czym z piskiem opon podjechał Mercedes szefa ochrony, który oznajmił mi, że mogę, a nawet mam już jechać. Jadąc drogą przez teren kopalni byłem eskortowany przez ochronę, a to wzbudzało spore zainteresowanie pozostałych pracowników. Ci mnie pozdrawiali i na pewno zastanawiali się co się dzieje. Po drodze dostałem nawet butelkę wody, najwidoczniej ktoś zauważył, że słońce dało mi solidnie w kość. Za kopalnią czekał na mnie stromy, acz krótki podjazd. Ze względu na ból nogi i ogólne zmęczenie praktycznie całość szedłem. Dla kontrastu kolejny odcinek trasy sprawił mi niesamowitą frajdę, kilkadziesiąt kilometrów szutrowej drogi lekko nachylonej w dół, bez trudu i ryzyka można było jechać 40-50 km/h.

Ostatnie kilometry

Do mety zostało może 70 km, zrobiło się piekielnie stromo, a ścieżka wiodąca wzdłuż potoku naszpikowana była kamieniami i zdecydowanie nie nadawała się do jazdy, w dodatku od paru godzin było ciemno. Przedzierałem się przez ostatni już odcinek specjalny, jednocześnie dla mnie najtrudniejszy, mimo że do mety tak blisko. Najtrudniejszy bo 20, a może 30 km albo pchałem rower pod górę, albo szukałem ścieżki, albo odganiałem pasterskie psy, a wszystko to w towarzystwie bólu kostki, którą skręciłem dzień wcześniej, wspinając się na Kegeti pass. Do szczytu przełęczy zostało nie więcej niż 4 km i może 350 m w pionie do pokonania, czyli moim obecnym tempem około 2 godzin, a mimo tego coraz częściej myślałem o tym, by pójść spać. Mijając kolejną jurtę słyszę ujadanie psów. Na szczęście okazało się, że tym razem, wyjątkowo, psy były przywiązane więc mogłem bezpiecznie przejść bez dodatkowych atrakcji.

Mam dość tego dnia, zmęczenia, bólu nogi, a nawet całego wyścigu, w końcu już dawno miałem być na mecie. Na wzgórzu, przez które przechodziłem 2-3 godziny temu, widzę światło czołówki. Nie zmienia to mojej decyzji i szukam miejsca, gdzie mógłbym odpocząć. Skoro nie walczę o czołową lokatę to jakie to ma znaczenie czy dojadę jedno miejsce wyżej, czy niżej w klasyfikacji. Chwilę po tych rozmyślaniach kładę się przy samej ścieżce na ziemi tylko w śpiworze oparty o rower. Opieram się o rower, bo nachylenie jest tak duże, że śpiwór ześlizguje się po stoku, nie chce mi się jednak szukać lepszego miejsca. Po wschodzie słońca ruszam dalej powoli, bo noga boli jak diabli. Już godzinę później dogania mnie kolejny zawodnik – ten którego światło czołówki widziałem poprzedniej nocy. Okazało się, że też spał, choć nieco niżej. Chwilę rozmawiamy, mówię mu, że mam rozwaloną nogę i mimo, że robię wszystko co w mojej nocy to szybciej nie będzie. Oczywiście tradycji musiało stać się zadość – jak jest ciężko i jest z kim to trzeba ponarzekać na trasę i poprzeklinać trochę organizatora wyścigu. Na mecie śmiejemy się z tego razem z innymi. Ostatnie 20 kilometrów to ruchliwa droga asfaltowa wzdłuż jeziora Issyk-Kul.

Ludzie których mijam, widząc mój uśmiech na twarzy a jednocześnie ewidentne symptomy zmęczenia, pozdrawiają mnie czy to z jadących samochodów czy z pobocza drogi, przy której rozstawione są stragany. Zatrzymuję się jeszcze w sklepie kupić coś do picia, a także by odwlec w czasie nieuniknione. Zbliżając się do linii mety z jednej strony czuję radość – udało się, warto było się zaangażować i poświęcić czas na przygotowanie, cieszę się, że kolejny wyścig w mojej ultra wyścigowej karierze przechodzi powoli do historii, ale z drugiej chciałbym by ta przygoda dalej trwała. Ostatnie 10 kilometrów mija zdecydowanie za szybko.

Na metę wjeżdżam na 12 miejscu, czeka na mnie Nelson i sporo osób, które przyjechały przede mną. Każdy wygląda bardzo podobnie: parę kilogramów mniej, spalone ręce i twarz, popękane usta od słońca, spuchnięte oczy, potargane włosy, symptomy odwodnienia, drobne rany na rękach i nogach. Za cały włożony wysiłek, ból i zmęczenie na mecie czeka jednak wspaniała nagroda – świadomość osiągniętego celu.

Pomimo tego od mety drażni się ze mną uczucie niedosytu, popełnione błędy przeliczam na stracony godziny i minuty. Od mety czuję, że wrócę, silniejszy i lepiej przygotowany, z większym bagażem doświadczeń zebranych podczas kolejnych startów, by powalczyć o więcej, mimo że marzenie, by wystartować i ukończyć jeden z najtrudniejszych wyścigów ultra na świecie już spełniłem.

Zapisz się do newslettera, aby nie przegapić żadnego artykułu.

Zapisz się do newslettera, aby być na bieżąco!


Zobacz trasę Silk Road Mountain Race

Przydatne linki

Silk Road Mountain Race: silkroadmountainrace.cc
Atlas Mountain Race: atlasmountainrace.cc

Łukasz Ugarenko na Stravie
Łukasz Ugarenko na Facebooku
Łukasz Ugarenko na Instagramie

Kalendarz imprez gravelowych w Polsce
Rezerwat Przygody na Instagramie
Rezerwat Przygody na YouTube

 

Zobacz te artykuły dla Ciebie

bikepacking

Wschód 2021 – relacja cz. 1

Najdłuższy polski ultramaraton terenowy? Magiczna wędrówka wzdłuż wschodniej ściany? Niesamowite wyzwanie dla sprzętu i głowy? Czym jest Wschód 2021 i dlaczego na mecie zjawiła się niespełna połowa opłaconych zawodników z listy startowej?

Czytaj dalej »
0 dodaj komentarz
0

Dodaj komentarz

You may also like