Wataha Ultra Race 2022 [relacja + wideo]

autor: Piotr Wierzbowski

Wiosną można sobie „powanożyć”, jednak to zima daje pierwszą szansę na gravelowe ściganie roku. W pierwszy weekend stycznia, w samym sercu Polski, można było „powataszyć” sobie do woli. To właśnie Wysoczyzna Łódzka stała się zimową stolicą polskiego gravela.

Spis treści

Ciągnie wilka do lasu...

Od imprezy zamknięcia sezonu, czyli warmińsko-mazurskiego Great Lakes Gravel, minęły już ponad trzy miesiące. Jak się okazuje, to wystarczający czas, by fani rowerowej włóczęgi zatęsknili za testowaniem swoich granic w stadzie zawodników. Głód integracji i rywalizacji przybierał na sile z każdym mijającym tygodniem, co zauważyli i idealnie wykorzystali twórcy Watahy, otwierając kalendarz imprez 2022.

Dołączyć do stada

Logistyka i dojazd na ultramaratony bywają wyzwaniem same w sobie (o tym, jak zadbać o transport na rowerowe ultra przeczytasz i posłuchasz tutaj).

Dwie trasy Watahy to pętle, odpowiednio 120 i 223 km. Z tego względu odpada więc konieczność organizowania dojazdu w jedno i powrotu z innego miejsca. Co więcej, umiejscowienie startu i mety w bliskim sąsiedztwie Łodzi, na samym wylocie w kierunku Strykowa, sprawiło, że dojazd na gravelową wyżerkę był banalnie prosty.

W ten sposób, w pierwszy piątek 2022 roku, Grill Bar Agat bardziej przypominał rowerowy paddock, niż typową jadłodajnię, stanowiąc wygodne połączenie biura zawodów, przechowalni dla rowerów i miejsca biesiady, okraszonej rozmowami o rowerach i kolarstwie.

Wilki w owczych skórach

Jeśli ktokolwiek sądził, że Wataha będzie kolejną, niespieszną zimową ustawką, tęgo się pomylił. Na starcie stawili się zarówno zawodnicy z czołówki polskiego ultra, jak też amatorzy kolarstwa przygodowego, szukający wrażeń poza wirtualnym światem Zwifta. Wszak sam organizator zapewniał, uprzedzając jednocześnie, że…

Wataha to maraton rowerowy ultra-extreme szlakiem leśnych duktów Wysoczyzny Łódzkiej.

Ewidentnie czuć było przyjazną atmosferę wytęsknionej integracji, podczas której wszyscy czują się jak we własnym stadzie. Dlatego zamiast szybkiego przywitania, odebrania pakietu i udania się na spoczynek, skończyło się jak zawsze… na prawdziwej biesiadzie do późnej nocy.

Limit uczestników Watahy wynosił zaledwie 50 sztuk w stadzie. To kameralne zestawienie pozwoliło na wdrożenie nowego, niespotykanego wcześniej systemu wypuszczania zawodników na trasę. Start był nie tyle falowy, co dowolny. Można było wystartować w wybranym przez siebie momencie, byle by zmieścić się pomiędzy 7:00 i 8:30.

Razem z Michałem Góździem z ETNH postanowiliśmy ruszyć spokojnie po śniadaniu, ale na tyle wcześnie, by załapać się na wschód słońca. Tym bardziej, że Wataha trafiła z pogodą optymalnie. Miało być zimowo i było – kilka stopni na minusie, krajobraz przyprószony delikatnie śniegiem, ale bez konieczności przebijania się przez zaspy. Nawet zamarznięte na polnych drogach błotne koleiny nie stanowiły wielkiego wyzwania, ponieważ w takich warunkach widać je było z kilometra. Taka aura dawała możliwość szybkiej i w miarę bezpiecznej jazdy.

Wataha rusza!

Jeszcze tylko krótki wywiad do kamerki z orgiem i ruszamy! Po krótkim singlowym odcinku wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń łódzkich przedmieści. Jedno jest pewne – zza gravelowego baranka, o wschodzie słońca, kiedy poziom hormonów szczęścia jest ponadprzeciętnie wysoki, nawet te industrialne klimaty mogą się podobać. Droga z połamanych betonowych płyt? Przecież to klasyka gravela. Odór niezliczonych ferm drobiu? Nieważne, kiedy na horyzoncie maluje się kolorami niebo, a delikatny mróz spowalnia usta na tyle, że człowiek ma po prostu ochotę zamknąć się i cieszyć swoim „tu i teraz”. Z tej radości zapominam na czas włączyć nagrywanie przejazdu w nawigacji.

Z każdym kilometrem zbliża się meta, ale – co ważniejsze – rośnie euforia. Z mijanymi uczestnikami zgodnie wymieniamy się spostrzeżeniami, że nie mogło być lepiej. Trasa póki co spełnia obietnice organizatorów, pogoda dopisuje, sprzęt działa. Nic nie boli. Można pociskać!

Tak mijamy kolejne małe wioski i duże, otwarte tereny, poprzecinane dosyć gęsto torami kolejowymi. Na niektórych przejazdach stajemy na chwilę, doganiając zawodników, którzy wyprzedzali nas kilkanaście minut wcześniej. Innym razem ktoś dogania nas, kiedy liczymy wagony towarowego. Ot, kolejny pretekst do szybkiej wymiany opinii i przybicia „piątki”. Na jednym z przejazdów, uzbrojony w rozkład jazdy pociągów, czeka na nas Mariusz „Super Mario”, wraz z Jagodą, która specjalnie dla nas popełniła pyszne ciasto dyniowe. Do tego gorąca herbata. Kalorie i ciepły napój wchodzą gładko. W tym czasie podnoszą się szlabany, otwierając dalszą drogę ku zimowej przygodzie.

Wilk Tawkin w potrzasku!

Jak to bywa na ultramaratonach, zdarza się co niektórym wilkom zranić łapę. Dlatego gdy spostrzegamy z Michałem, że nasz kolega Łukasz jest w potrzasku, ochoczo zatrzymujemy się. Michał użycza dętkę rannemu wilkowi i natychmiast dostrzega okazję do zasilenia mediów ciekawym i zabawnym materiałem. Nie ma to jak nieszczęście bliźniego! 😄

Zupełnie poważnie jednak napiszę, by oczyścić nas z podejrzeń i ubiec złośliwe komentarze, że Łukasz to weteran jazdy terenowej i potrafi założyć dętkę… jeśli ją posiada. Skoro już ją ma, każdy z nas robi więc to, co powinien w tej sytuacji – Łukasz pompuje, stając się naturalnym obiektem reporterskiego zainteresowania. Michał filmuje, ja fotografuję. Idealny tercet! Prawdziwi rowerowi koledzy! 😁

Na rozstaju dróg

Po szybkim pit-stopie, już we trójkę, przemierzamy żwawo kolejne dukty i drogi pożarowe, jawiące się niczym spełnienie marzeń każdego miłośnika gravela. Tak docieramy do punktu zwrotnego tego dnia. Dosłownie.

Oprócz startu dowolnego, Wataha wprowadziła jeszcze jedną nowość – możliwość wyboru przez zawodnika trasy już podczas trwania wyścigu.

Kiedy docieramy na 58. kilometr, jak to w życiu bywa, trzeba podjąć męską decyzję: krótka pętla, czy długa. Po krótkim namyśle Michał postanawia zmierzyć się z długim dystansem, po nieco dłuższym zmienia jednak zdanie. 😁 W ten sposób rozdzielamy się i wraz z Łukaszem ruszamy w kierunku południowo-wschodnim. Szutrowe „premjumy” zachęcają do żwawej jazdy, jednak w moim zbiorniku powoli kończy się paliwo. Przed nami jeszcze jakieś 160 kilometrów. Włączam tryb oszczędzania energii.

Z naturą nie wygrasz

Mój styl życia z tygodnia poprzedzającego start aż prosi się o przykładną karę w postaci klasycznej, kolarskiej bomby. Tym bardziej, że faktycznie potraktowałem start w Watasze jak udział w  dłuższej ustawce. Skoro pokonuję z łatwością setkę bez jedzenia, będzie dobrze!

Jednak zimowe 200 km to nie setka. Niektórzy mówią nawet, że zimą dystans liczy się podwójnie. Kiedy więc czuję pierwszy głód, puszczam Łukasza przodem i w trybie „diesla” zmierzam do oddalonej o kilkanaście kilometrów Spały. Plan jest prosty – zatankować w jakiejś restauracji i ruszyć dalej.

Tuż przed Spałą dochodzą mnie Waldek i Mateusz na swoich fat-bike’ach, więc razem decydujemy o postoju na szybką zupę w spalskiej knajpie. W tym czasie Łukasz wciąga hot-doga na pobliskiej stacji, by bez zamulania ruszyć w stronę mety. 

Druga połowa trudniejsza

Jazda w mrozie to wyzwanie nie tylko dla techniki, ale przede wszystkim dla organizmu. Jadąc zimowe ultra zużywa się więcej energii. Oprócz samej jazdy, sporo zasobów kosztuje utrzymanie ciepłoty ciała. Dlatego tak ważne są: wypoczynek i pożywny posiłek przed startem oraz regularne uzupełnianie energii w trakcie jazdy.

Gorąca i przykładnie przesolona zupa pomidorowa z ryżem daje kopa na dwie, trzy godziny. Jedziemy więc dalej. Fat bike’i trzymają się dzielnie na prostych, jednak zaczynają odstawać na wzniesieniach. Wyprzedza mnie dwóch innych zawodników i kiedy po 110 kilometrach od startu zaczynam zmieniać wektor na północno-zachodni, do poczucia bycia samotnym wilkiem zaczyna dołączać zmęczenie. Nie jest jednak na tyle silne, by zakłócić czystą radość z pokonywania kolejnych kilometrów trasy. Ta staje się nieco bardziej urozmaicona, niż w pierwszej połowie dystansu. Do szutrowych autostrad i krótkich odcinków asfaltowych zaczynają dołączać polne drogi i piaski. Na szczęście zamarznięte, więc jedzie się po nich prawie jak po szutrze.

👇 Ten artykuł może Cię zainteresować 👇

Na 146. km po raz trzeci spotykam pit-stop Super Mario. Widać, że Mariusz czuje klimat gravelowej rywalizacji – czekał specjalnie na mnie. Nie jestem ostatni w stawce, ale jak sam określił, ci szybsi już zjedli ciasto. Zadowalam się więc resztką ciepłej herbaty i po przecięciu S8, ruszam dalej w bór. Pomimo głodu, czuję się jak wilk w lesie.

Cichy zapada zmrok

Kiedy poziom naładowania akumulatorka w moim Wahoo sięga poniżej 50%, postanawiam podłączyć power bank. Ku mojemu zaskoczeniu okazuje się, że na żadnym z dwóch kabli urządzenie nie ładuje się. Power bank zasila bez problemu telefon, ale nie nawigację. To świetna lekcja przed naprawdę długimi startami, aby nigdy nie zakładać, że coś działa. Pozytywne myślenie przegrało w tym momencie z racjonalnym sprawdzeniem, czy ten konkretny kabelek, podłączony pod ten konkretny power bank zasila konkretne to urządzenie.

Już od jakiegoś czasu nie działa GoPro, pokazując komunikat o rozładowanym akumulatorku. Ten sprzęt tak ma, kiedy jest zimno. Rozwiązaniem jest zakupienie specjalnego, przystosowanego do niskich temperatur. Zastanawiam się, czy Wahoo zaraziło się od GoPro. Na szczęście nawigacja nie zużywa nad wyraz dużo prądu, pomimo używania jej prawie codziennie od dwóch i pół roku. Szybkie obliczenia w głowie i dochodzę do wniosku, że pomimo odczuwalnego kryzysu, muszę jechać w równym, nieco szybszym tempie. W przeciwnym razie czeka mnie nawigowanie z telefonu. Bardzo chciałbym tego uniknąć.

Spiesząc się więc powoli, mijam ciekawe krajobrazy, w tym liczne obszary chronione. W Dolinie Pilicy rozciągają się między innymi rezerwaty: Żądłowice, Konewka, Gać Spalska. Tutaj trasa nabiera innego charakteru, oddając miejsce szutrów polnym i leśnym drogom. Wszystko to okraszone cudownymi widokami łęgu jesionowo-olszowego, ciągnącymi się przez kilkanaście kilometrów.

W gasnącym dniu trudniej dostrzec krzyżówki wiejskich dróżek, dlatego w nawigacji pomagają przydrożne miejsca kultu. Kiedyś kapliczki i krzyże, oprócz ich funkcji religijnych, były też znakami, wyznaczając granice wsi.

Niby już z górki...

Od 165. kilometra odmierzam już ostatni kwartał trasy. Myślę sobie, że to już z górki, jednak nogi czują co innego. Wykres przewyższeń jawi się na wyświetlaczu niczym poszarpany grzebień. Zmieniam ekran sporadycznie, oszczędzając prąd. Nawet nie włączam podświetlenia ekranu. Dzięki temu biorę trasę taką, jaka jest. Podoba mi się to. Czuję się szczęśliwy. 

Tak sobie jadę i pozwalam myślom przelewać się swobodnie przez głowę. Uwielbiam ten stan. To jedna z rzeczy, które ciągną mnie do bikepackingu nawet wtedy, gdy na dworze śnieg i mróz. Jadąc uświadamiam sobie, że Wataha jest dla mnie jak dwie różne imprezy. „Krótką trasę”, czyli pierwsze 110-120 kilometrów pokonałem w towarzystwie, nagrywając relację, robiąc wywiady, zdjęcia, rozmawiając z innymi wilkami. Druga połowa jest samotna, sprzyja medytacji. Odrobinę przeszkadza mi świadomość usterki ładowania Wahoo, jednak nadrabiam dystans na tyle, że według nowych obliczeń na styk wystarczy mi prądu w nawigacji.

Tuż przed zapadnięciem zmroku dogania mnie Maciek Gilewski, który opisuje problem ze swoim Garminem. Na razie mu działa, ale prawdopodobnie zaraz przestanie. Pędzi więc szybciej ode mnie pomimo faktu, że ma 40 km więcej w nogach, za sprawą pomyłki w nawigacji po starcie. 

Pan Włodek

Przy 15% na ekranie Wahoo, docieram do miejscowości Grzmiąca. O dziwo, jedyny, mały wiejski sklepik jest jeszcze otwarty. Pewnie taka pora – sobotni wieczór może generować niezły utarg. Istotnie, w środku Pan Włodek z pełnym profesjonalizmem obsługuje lokalsa zaopatrującego się w najtańsze izotoniki. Kiedy tylko zostajemy sami, relacjonuje, że przede mną był taki jeden, jakieś 15 minut wcześniej. Mówi o Maćku. Nieźle pocisnął, ma chłop nogę!

Pan Włodek waży kilka mandarynek i dwa banany. Gadamy sobie chwilę, pozwalając nawigacji złapać kilka procent do akumulatora. Tak dla świętego spokoju. Nawet GoPro odżywa, więc nagrywam szybkie ujęcie z właścicielem i ruszam na spotkanie z metą. Mam przed sobą ostatnie 26 km zimowej przygody.

Wataha czeka

Jedną z najgorszych rzeczy dla ultrasa jest to, że po tym wszystkim, co było, nikt nie czeka na ciebie na mecie. Nie musiałem dojechać do ośrodka Agat, by przekonać się, że tym razem jest zupełnie inaczej.

Jak tylko moja lampka zdradza moje położenie w lesie sąsiadującym z metą, słyszę aplauz. To jest naprawdę miłe. Tak powinno być zawsze. 

Na placu wita mnie Mateusz, wręczając medal i tajemniczą, czarną kopertę. Ale oprócz orga są też moi towarzysze, łącznie z wilczycą Mambą, Michałem, Łukaszem, i Dawidem. Ktoś wręcza mi musujące wino. Robimy sobie zdjęcia. Pomimo zmęczenia i głodu już żałuję, że to koniec. Chcę jeszcze.

Zobacz relację na YouTube

PODOBA CI SIĘ? DAJ ZNAĆ INNYM 👇
Share on facebook
Facebook
Share on email
Email
Share on whatsapp
WhatsApp
DZIĘKUJĘ! 👍

Zobacz trasę Watahy

Dodaj komentarz

5 komentarzy

Przemek 14 stycznia 2022 - 22:55

True story – chciałoby się powiedzieć… dziękuje 🙂

Odpowiedz
bogdan 17 stycznia 2022 - 12:40

W zimę trzeba sporo więcej kalorii. Ostatnio miałem zaplanowałem 4 godziny jazdy przy -7, wziąłem tyle jedzenia ile w lato wystarcza na 6 godzin – zjadłem wszystko w 3 godziny i pod koniec myślałem, że zjem owijkę:-)))

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 18 stycznia 2022 - 08:07

Dokładnie, nie ma, że „jakoś wystarczy”. Trzeba się odżywiać. Jak widać na relacji, przekonałem się o tym na własnej skórze. 😉

Odpowiedz
Paweł 16 stycznia 2022 - 21:31

Zimno wysysa energię jak turbo odkurzacz, będę o tym pamiętał. Super przygoda.

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 18 stycznia 2022 - 08:06

Dokładnie tak!

Odpowiedz

You may also like