Wisła 1200 – relacja cz. 1 [Barania Góra – Warszawa]

autor: Piotr Wierzbowski
5
(2)

O Wiśle 1200 myślałem odkąd dowiedziałem się o jej istnieniu, czyli… po edycji 2019. To pokazuje, jak szybko możesz wkręcić się, kiedy zasmakujesz kolarstwa przygodowego, nawet na własną rękę. Wcześniej, czy później, zechcesz zmierzyć się z samym sobą, dystansem i innymi uczestnikami ultramaratonu w warunkach zawodów. To daje doskonały punkt odniesienia do innych, ale przede wszystkim do samego siebie.

Po doświadczeniach z Pomorskiej 500, tym razem liczyłem na szczęśliwe ukończenie Rowerowego Maratonu Wisła 1200, możliwie bez większych perturbacji technicznych na trasie. Dodatkowo raz pierwszy w życiu miałem się zmierzyć za jednym podejściem z dystansem powyżej 550 kilometrów.

Fizycznie czułem się przygotowany. Co prawda techniczna, często terenowa trasa o długości 1173 km robi wrażenie, ale intensywność wysiłku w trakcie jej pokonywania nie należy do najwyższych, przynajmniej mówiąc o przeciętnym zawodniku. Ultramaratonu nie jedzie się w pomarańczowej lub czerwonej strefie tętna. Kilometry pokonuje się spokojnie i wytrwale. Wyzwaniem jest za to czas wysyłku. Niby spokojnie, ale nie ma możliwości powrotu z treningu po 100 km. Trzeba jechać dalej. Dwunastokrotnie dalej.
Mentalnie również czułem się silny. Wcześniejsze kilkudniowe wyprawy, połączone z jazdą w nocy, dały mi solidny psychiczny fundament. Praca od lat uczy mnie, że do celu trzeba dążyć wytrwale i konsekwentnie. Czułem więc, że o ile sprzęt zda egzamin, ja również dam radę.

Nie pozostało nic innego, jak zmierzyć się z królową polskich ultramaratonów po raz pierwszy, w jego trzeciej już odsłonie.

Z METY NA START

Dzięki inwencji Jarka, który na grupie Wisła 1200 na trasie skrzyknął 8-osobową ekipę z Trójmiasta, do schroniska górskiego PTTK Barania Góra – Przysłop udaliśmy się wynajętym przez Jarka busem, rowery pakując do również wynajętej przyczepy. Wspólnym sumptem, z użyciem pasów i licznych akcesoriów do pakowania zabezpieczyliśmy sprzęt tak, że bez uszczerbku zniósł ponad 700-kilometrową podróż na południe. Wielogodzinna jazda samochodem uświadamiała, jak odległe są te dwa punkty – start i meta dla podróżującego autem, a co dopiero dla obuczonego sakwami rowerzysty.

Drużyna z Trójmiasta szykuje się do drogi: Jarek, Igor, Darek, Andrzej, Piotr, Jacek „Jack Pack” i Adrian – Człowiek Zen

W okolice bazy zawodów dotarliśmy około 20:00, jednak ostatnie 7 kilometrów do samego schroniska musieliśmy pokonać na rowerach – drogi dojazdowe zarządzane są przez Lasy Państwowe, które zabraniają wjazdu samochodom, z wyjątkiem zaopatrzenia schroniska i oczywiście pojazdów zarządcy.

Na miejscu zastaliśmy licznie przybyłych wcześniej zawodników, którzy wciągali pyszne dania serwowane przez obsługę schroniska. Chętnie dołączyliśmy do tego grona, odbierając wcześniej pakiety startowe i transpondery. Ponieważ miałem zarezerwowane miejsce w pokoju 3-osobowym, udałem się do niego, aby przywitać się ze współlokatorami, po czym całą swoją energię poświęciłem na rozmowy o Wiśle, innych maratonach, czy omawianie planu na pokonanie dystansu.

Po niedługim czasie, najedzony i w dobrym nastroju, udałem się do pokoju, by w nastrojowym świetle migających diód ładujących się urządzeń ostatecznie naładować własne akumulatory przed czekającym mnie i prawie 400 pozostałych zawodników wyzwaniem.

Wspólna biesiada z Ojcem Dyrektorem zawodów oraz Jackiem „Jack Packiem”. Z Leszkiem spotkamy się na trasie w Kazimierzu i przemierzymy wspólnie kilka ładnych kilometrów

DZIEŃ PIERWSZY

3, 2, 1… START!

Pierwsi startujący wyruszali w trasę od 6:00, więc obudziłem się w atmosferze porannej krzątaniny i pierwszych startowych emocji, panującej za oknem. Ponieważ mój start był ustalony na 11:10, nie musiałem się spieszyć. Tym bardziej, że w odróżnieniu do poprzednich edycji, nie było niebezpieczeństwa utknięcia w kolejce po owsiankę, czy naleśniki. W związku z obostrzeniami związanymi z pandemią, nie tylko starty były rozstrzelone od wczesnego rana do południa, ale również śniadania należało wcześniej zamówić na określoną godzinę. To okazało się pozytywnym skutkiem ubocznym, pozwalającym na zachowanie spokoju i skupienie się na starcie, zamiast walce o posiłek.

Godzina startu była późna, jednak nie będąc cały czas online w momencie opublikowania przez organizatora tabeli z wyborem czasu wyruszenia w trasę, nie miałem wiele opcji. Nie przejmowałem się tym z dwóch powodów.
Po pierwsze w 4. edycji zrezygnowano z promu przez Dunajec w miejscowości Wietrzychowice. Było to spowodowane wysokim stanem wód w Polsce, w tym Wisły. Jak się okazało, z tego właśnie powodu niektóre odcinki trasy były podmokłe lub wręcz zalane. Leszek i Olek na bieżąco organizowali objazdy. W każdym razie wycięcie promu spowodowało, że nie miało znaczenia o której startujesz – na prom i tak na pewno się nie spóźnisz. 😄
Po drugie nie planowałem spać, a na pewno nie przez pierwsze dwie noce. Nie miałem konkretnego celu godzinowego, ponieważ nigdy nie mierzyłem się z takim wyzwaniem. Założyłem jednak, że sprawdzę swoje granice w tym względzie i nie będę spać aż do momentu, kiedy nie będę w stanie nie usnąć. Byłem również ciekaw tych słynnych dementorów, o których rok wcześniej mówił w komunikacje startowym Leszek. Nigdy nie oglądałem Harrego Pottera, więc tym bardziej nie miałem pojęcia, czego spodziewać się w stanie kilkudniowego niewyspania.

Jak mówił Ojciec Dyrektor zawodów, oprócz przekleństw po drodze, uczestników czeka niesłychana przygoda. Ciekawy tego wszystkiego, ale przede wszystkim spragniony Wisły 1200, punktualnie o 11:10 wyruszyłem na jej podbój. Miałem w sobie koktajl emocji, ale wszystkie były wyłącznie pozytywne. Entuzjazm, ciekawość, wręcz ekscytacja nieznanym. Nawet odrobinę odczuwalnego strachu uznać można za zdrowy i pozytywny objaw. Najgorsze, co można zrobić, to przepalić się w pierwszym dniu lub rozwalić sprzęt na pierwszych kilometrach. Zdany na samego siebie i ewentualną pomoc dozwoloną w ramach regulaminu (czyli uzyskaną od innych uczestników lub ogólnie dostępnych usług, jak serwis rowerowy), mierzyłem się z legendarną „Wisłą 1200”  Pierwsze chwile tego zmagania okazały się nieco inne od tego, z czym mieli do czynienia weterani wcześniejszych edycji. Trasa, zamiast poprowadzić prosto w dół do Wisły, tym razem wiła się malowniczo przez okoliczne szczyty – Cieńków Wyżni i Postrzeni, przekraczając wcześniej pierwsze metry strumyka Białej Wisełki. Tym razem naprawdę zaczynaliśmy przygodę u źródła! Widok z góry na doliny Malinki oraz Białej Wisełki zapierał dech w piersiach i spokojnie mogę uznać te pierwsze chwile maratonu za najbardziej malownicze na całej trasie.

Już po kilku kilometrach zjechałem się z Tomkiem, moim pierwszym kompanem na trasie. Obydwaj jechaliśmy dosyć mocno (może dla mnie odrobinę za mocno, jak na początek), więc jak to bywa w takich sytuacjach, trzymaliśmy się razem. Ultramaratony to doskonała okazja do poznania ciekawych osób, a Wisła, z uwagi na dystans, obfitowała w takie spotkania.
Tak mijaliśmy kolejne pocztówkowe widoki. Jednak, jak się okazało, szutrowo-kamienna trasa była równie malownicza, co wymagająca dla sprzętu. Mijaliśmy zawodników zmieniających dętki. Było ich co najmniej 5-6. Po chwili dołączył do nich Tomek sugerując, że ogarnia sytuację i dogoni mnie na trasie. Żałuję, że nie spotkaliśmy się później, ponieważ wspólna podróż zapowiadała się sympatycznie.Pozostało mi przez kolejne dni z uwagą śledzić jego kropkę na trackingu i trzymać kciuki za brak defektów.

Po stromym zjeździe do rodzimego miasta Adama Małysza i Jerzego Pilcha trasa przybrała zdecydowanie mniej górski charakter. Po kilku meandrach wokół rzeki, pomknęliśmy z kilkoma napotkanymi kolarzami na północ, aby za kolejne pięćdziesiąt kilometrów zmierzyć się ze słynnym wałem wzdłuż Jeziora Goczałkowickiego.

Jeśli oglądałeś film o Wiśle 1200, widziałeś jazdę po wałach z narracją: „jedzie się wąską ścieżką, jeden za drugim, w tempie jakieś 8 km/h”. Jeśli dodasz do tego wysoką trawę i baaardzo nierówną powierzchnię, masz gotowy obraz trasy w tym miejscu. Był to pierwszy trudniejszy odcinek, który dodatkowo miał kilkanaście kilometrów długości. Po przeprawie przez podmokłe okolice stawów hodowlanych i uporaniu się z nasypem kolejowym i drogą wzdłuż niego, statecznie na wysokości miejscowości Czechowice-Dziedzice wyjechaliśmy na zaporę, by ponownie pomknąć szutrami w stronę Oświęcimia.

Gdzieś po drodze kompani stwierdzili, że trochę odpuszczą, więc 75-kilometrowy odcinek pomiędzy Oświęcimiem i Krakowem pokonałem samotnie. Trasa była łatwy i wymagająca jednocześnie. Było gorąco, a zaplanowane wcześniej postoje w okolicznych sklepach nie wypaliły. Na początku nie chciało mi się zjechać ok. 200 metrów z trasy. Później, jadąc na szczycie wału, nie zdecydowałem się na opuszczenie trasy i wjechanie w głąb miejscowości, by uzupełnić zapasy. Ta nonszalancja szybko zemściła się, kiedy w bidonach wiozłem tylko powietrze. Na szczęście spotykałem po drodze życzliwych Wiślaków, którzy użyczyli mi po kilka łyków do bidonu. Ostatecznie zebrałem wystarczająco dużo, by dotrzeć do sklepu i nie odwodnić się. Oczywiście nie byłoby to w stylu Olka i Leszka Pachulskich, gdyby nie sprowadzili śladu z wygodnego, asfaltowego szlaku Wiślanej Trasy Rowerowej na podmokłe bezdroża i trasę na wale w budowie. No cóż, urok Wisły 1200. 🙂 Rower wyglądał już na tym etapie jak po błotnym maratonie mtb.

KRAKÓW

Do Krakowa dotarłem już o zmierzchu, ale pomimo bliskości starówki w linii prostej, miałem do pokonania jeszcze Ostrą Górę i dwa kopce (w tym położony na wysokości 384 szczyt Kopca Piłsudskiego). Mijając cmentarz, na którym pochowany jest Kornel Filipowicz, około północy dotarłem na Rynek Główny.

Na trasie dowiedziałem się od innych o pit-stopie w Niepołomicach, zorganizowanym przez Herreira. Zatrzymałem się więc na Grodzkiej widząc… kebab, by posilić się szybko, bez restauracyjnej otoczki wegetariańskim falafelem i ruszyć w noc do przyjaznego rowerzystom przystanku. Pomimo późnej pory (przejeżdżałem przez mieszkalne dzielnice Krakowa około pierwszej w nocy), napotkane w różnych miejscach dwie osoby głośno wykrzyknęły w moją stronę pozdrowienia w stylu: „Wisła! Dajesz!” Uśmiechając się, przejechałem pod Mostem Macharskiego, by po pokonaniu niespełna 30 kilometrów zameldować się u przyjaciół Wisły 1200 w Niepołomicach.

ZWAŁ JAK ZWAŁ

Na 223. km maratonu czekała na mnie (jak i na wszystkich startujących) przyjemna niespodzianka. Zorganizowany przez Herreira na terenie kawiarni Zwał Jak Zwał pit-stop oferował nie tylko sponsorowaną przez Herrerię kawę. Bez problemu zamówiłem wegetariańskie leczo, chociaż wybór dań był znacznie większy. W dole wału zorganizowany został zaopatrzony w oświetlenie i wodę serwis rowerowy. Obok zmęczeni uczestnicy oddawali się w objęcia Morfeusza. W tym samym czasie Ci mniej wyczerpani biesiadowali i dyskutowali. Będąc w tym ostatnim gronie, spokojnie skończyłem swoje danie, dokończyłem kawę, wszystko popijając colą. Odpoczywałem. Nie spałem, ale trochę medytowałem.  Ostatecznie  wyruszyłem niespiesznie w dalszą drogę po około półtorej godziny.

Serwis rowerowy na terenie pit-stopu „Zwał jak zwał”, współorganizowanym przez Herreira

Pomimo późnej (lub wczesnej ;)) pory, technicznie było to dla mnie „popołudnie” – wszak na trasę wyruszyłem zaledwie kilkanaście godzin wcześniej. Być może z tego powodu, a może za sprawą podniecenia i endorfin, jechało mi się dobrze i z objęć nocy zacząłem powoli wjeżdżać w mglisty, chłodny, ale słoneczny poranek. Ten powitał mnie na wysokości promu, którego nie było, kiedy jechałem… na południe wzdłuż Dunajca. Było to konieczne, ponieważ trasa została wydłużona o kolejne 30-40 km, aby w okolicach Biskupic Radłowskich zawrócić na północ, pokonując most między miejscowościami Zaogrodzie i Zawodzie.

ZALIPIE

Na nierównym wale spotkałem Anię. Znowu było z kim pogadać! Po całonocnej jeździe takie towarzystwo zawsze działa pozytywnie. Wspólnie dotarliśmy do charakterystycznych kolorowych domów w Zalipiu.

Kto z Wiślaków (oprócz np. Radka Gołębiewskiego ;)) nie zrobił sobie tutaj zdjęcia? 😉

Po krótkiej sesji zdjęciowej ruszyliśmy dalej, jednak ponieważ Anię bolało kolano, ustaliliśmy, że pojadę szybciej i spotkamy się na śniadaniu na Orlenie w Szczucinie. Los chciał, że Ania pomyliła Orlen z Lotosem i ostatecznie nie mieliśmy okazji jechać razem. Ania ukończyła jednak Wisłę na pięknej, 4. pozycji w klasyfikacji kobiet.

DO SANDOMIERZA

Orlen za Szczucinem był pierwszym postojem w świętokrzyskiem. Kolejnym, który zaplanowałem, miał być Sandomierz. Część z Was kojarzy to miejsce jako dom Ojca Mateusza. Ja preferuję skojarzenie z bohaterem powieści kryminalnej Zygmunta Miłoszewskiego. To XIII-wieczne miasteczko znajduje się na 420. kilometrze i według mojej rozpiski startowej tam miałem rozpocząć swój drugi dzień podróży. Oznacza to, że powinienem znaleźć się na sandomierskim rynku około południa. Ostatecznie makaron z warzywami zamówiłem o 13:00. Pierwsze 425 kilometrów pokonałem w niecałe 26 godzin.

Rynek w Sandomierzu

PIEPRZO(W/N)E GÓRY

100-kilometrowy odcinek pomiędzy Sandomierzem a Kazimierzem należy do najmniej terenowych, nieco przewyższonych i całkiem ciekawych. Myli się jednak ten, kto spodziewałby się przysłowiowej bułki z masłem. Wisła zadba o poziom adrenaliny i dostarczy przygody nawet, kiedy czeka Cię kilkadziesiąt kilometrów trzeciorzędnych asfaltów i szutrów. A to za sprawą Gór Pieprzowych, rzut beretem za Sandomierzem.

Trudność tego odcinka specjalnego polega na konieczności wspięcia się po słynnych formacjach skalnych na sam szczyt. W tym roku dolina Wisły w wielu miejscach została zalana, więc najpierw trzeba było szukać drogi w podmokłym mule i trawie, po czym wspinać się 60 m po brunatnoszarych łupkach. Jeśli masz rower, który z ekwipunkiem waży kilkanaście kilogramów, nie ma sprawy. Prawdziwe wyzwanie stoi jednak przed zawodnikami z cięższymi rowerami i większym ekwipunkiem. Słyszałem historie osób, które przyznawały, że musiały tutaj oddzielić sakwy od roweru, by dwukrotnie wspinając się po skałach wnieść najpierw rower, później bagaż. Nagrodą jest oczywiście panorama doliny Wisły i Sandomierza z wysokości dwóch wieżowców.

Oprócz nagrody w postaci panoramy wiślanej doliny, premią za wysiłek był w miarę lekki technicznie odcinek do Kazimierza. Co prawda trasa obfitowała w przewyższenia, które były do pokonania na granicy możliwości mojego napędu 40×36 zębów, ale za to satysfakcja z wjazdu była silna, a zjazdy były spektakularne. Nie zabrakło oczywiście płyt i wałów. Na MRW1200 zawodnicy mają niepowtarzalną okazję zapoznać się z bodajże każdym rodzajem używanych w Polsce płyt betonowych. Są stare i nowiutkie. Jednolite, z otworami w kształcie koła lub kwadratu i takie w bardziej wymyślnych kształtach. Gładkie i te wystawiające na próbę wszystkie stawy i mięśnie. Do wyboru, do koloru. No dobrze, z kolorami przesadziłem. Wszystkie są w odcieniu szarości. 😉

Skoro jesteśmy w temacie płyt, odniosę się do dyskusji dotyczącej doboru roweru na tego rodzaju wyrypy. Są zwolennicy graveli, nie brakuje też fanów MTB. Wsród szutrowców częste są dysputy na temat napędu – lepiej mieć dwie tarcze z przodu, czy jedną. Moim skromnym zdaniem, trzeba po prostu jeździć tym, co jest. A jeśli wybierasz nowy rower, zbytnia analiza nie sprawi, że będziesz szczęśliwszy, pokonując kolometry. Pamiętaj, że to wspomnienia są najważniejsze, nie ilość zębów. Wisłę da się przejechać na jednym i drugim. Trzeba tylko jechać. 🙂
Oczywiście jeśli masz kłopoty z kręgosłupem, stawami, czy inne dolegliwości, koniecznie skonsultuj to z lekarzem. Dobrym lekarzem, nie takim, który powie: „Jeśli nie chce Pan/Pani zmarnować zdrowia, proszę nie biegać, nie jeździć na rowerze itd…” 😉

Po pokonaniu Gór Pieprzowych, droga do Kazimierza była dosyć gładka i owocna 🙂

KAZIMIERZ DOLNY

W Kazimierzu Dolnym zjechaliśmy się z Adrianem i Leszkiem, tzn. Ojcem Dyrektorem. Podczas wspólnej pizzy ustaliliśmy, że do Puław pociągniemy razem. Tam chłopaki mieli nocować, ale ja już miałem w głowie niecny plan namawiania ich do dalszej jazdy nocą. Bardziej podatnym na moje techniki okazał się Ojciec Dyrektor. Adrian został więc na noc w Puławach, podczas kiedy my z Leszkiem wjechaliśmy na najbardziej chyba niewdzięczne odmiany betonowych płyt na całej trasie. Otwory w nich były na tyle duże, że koła odczuwalnie wpadały w nie, jednak nie jednocześnie. Najpierw przednie, później tylne… przednie i tylne… i taki nieregularny rytm trwał kilka kilometrów, by ustąpić miejsca trawie z ledwo widocznym śladem przejazdu szybszych zawodników. I znowu płyty. Tak dotarliśmy do Orlenu w Dęblinie, by po obfitym posiłku i mocnej kawie ruszyć w stronę kolejnego dnia, zbliżając się powoli, ale wytrwale do Warszawy.

OJCZE DYREKTORZE, DALEKO JESZCZE?

Poranek po drugiej nieprzespanej nocy przyniósł pierwsze objawy zmęczenia. Jednak wciąż nie chciało mi się spać, w przeciwieństwie do Leszka, który musiał położyć się na chwilę, by przyciąć komara. Stanęliśmy więc w okolicy Wilgi, przy znanej Ojcu Dyrektorowi restauracji. Położył się na ławie i próbował usnąć. Problem polegał na tym, że to komary cięły jego i po 20 minutach poddał się w końcu moim nieustannym namowom, żeby jechać dalej. 😉 Zmuleni, ale zdeterminowani, by dotrzeć do stolicy, ruszyliśmy dalej.

Dojazd do Warszawy jeszcze nigdy nie dłużył mi się tak bardzo. Nawet wtedy, kiedy stałem w korku na DK17 przed słynnym rondem w Kołbieli. Jadąc samochodem oczywiście. Teraz, pokonując kilometry po nadwiślańskich bezdrożach, myślałem nawet, że kręcę się w kółko. Czułem się, jak bohater filmu Davida Lyncha. Byłem już naprawdę zmulony, dlatego oddałem inicjatywę Leszkowi, który siłą rzeczy znał ten teren całkiem nieźle. Nie zerkałem więc już na nawigację, tylko na tylne koło Ojca Dyrektora.

W którymś momencie wydawało mi się, że słyszę już dźwięki, których nie ma (wcześniej słyszałem informacje o objawach niedospania i omamach). Okazało się jednak, że źródłem hałasów był tylny hamulec Ojca Dyrektora, który ocierając o tarczę, wydawał metaliczno-piskliwe odgłosy. Podczas, kiedy zająłem się przywróceniem go do działania w czasie hamowania, zamiast podczas normalnej jazdy, Leszek położył się na szutrowym materacu, mając za poduszkę kurtkę i wykorzystał czas na power-nap’a.

KIlometr po kilometrze zbliżaliśmy się na wysokość Karczewa, by podjąć ostateczną ofensywę. Jak trudne było to zadanie miałem się wkrótce przekonać w okolicach Nadwiśla. Nie robiłem tam zdjęć chyba ze zmęczenia i znużenia. Po raz kolejny okazało się prawdą, że dla kolarzy ultra najtrudniejszy jest trzeci dzień, który właśnie się dla mnie zaczynał. Coraz mocniej palące słońce wzmagało uczucie zmulenia. Zaczynaliśmy przedzierać się przez bezdroża, łąki i urwiska niczym strażnicy strzegące dojazdu do miasta. Część trasy została zabrana kilka dni wcześniej przez rzekę, wymuszając kilka objazdów.

Hamulec Leszka znowu dawał o sobie znać, więc zdecydowaliśmy się na postój jak najszybciej na terenie Warszawy, by w jakimś serwisie usunąć usterkę. Wjeżdżając na Wał Miedzeszyński zjechaliśmy z trasy, by udać się do mechanika. Tak spędziliśmy jakieś 40 minut w serwisie, którego nie wymienię (o tym w drugiej części relacji), by po doraźnej, jak się okazało naprawie, dotrzeć do naszego kolejnego postoju- stacji Orlen. Byliśmy w Warszawie.

Warszawski pit-stop na mroźnym Orlenie. Miejsce postojowe wybrane nie bez powodu? 😉

O dalszych przygodach na trasie, śpiewie Ojca Dyrektora, bajeranckim baranku Sylwii i kolejnych nieprzespanych nocach przeczytasz w drugiej części relacji.

Podobał Ci się artykuł? Dodaj swoją ocenę!

Kliknij, aby ocenić

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów 2

Dodaj pierwszą ocenę!

Dodaj komentarz

5 komentarzy

Hubert 30 października 2020 - 17:44

Jest godzina 16:43 a relacji jeszcze nie ma 🙁

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 30 października 2020 - 18:00

Hubercie, brawa za wytrwałość. Dzisiaj na pewno będzie, jednak późniejszym wieczorem. Dzięki za pilnowanie! 😀👍

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 1 listopada 2020 - 11:27

Dzisiaj zapisy… sam nie mam pewności, czy zmieszczę się w limicie uczestników. Kiedy już dopełnisz formalności związanych z rejestracją, pamiętaj o pozostawieniu komentarza pod artykułem lub na FB 😀👇

Odpowiedz
Michał 7 listopada 2020 - 00:04

Pięknie opisany maraton! Dziękuję. Wszystko znów wróciło we wspomnieniach. Chociaż ja dojechałem do mety jako jeden z ostatnich, to radość z pokonania tej ekstremalnej trasy była taka jakbym stanął na podium. Wisła 1200 odciska swoje piętno w umyśle uczestnika i nie pozwala o sobie zapomnieć do czasu kolejnego startu.

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 7 listopada 2020 - 14:51

Michale, jest dokładnie tak, jak piszesz – nieważne który dojedziesz, liczy się droga i satysfakcja na końcu. A jeśli ktoś nie dojedzie? To wyciągnie wnioski i dojedzie za rok! 🙂

Odpowiedz

You may also like