Wisła 1200 – relacja cz. 2 [Warszawa – Gdańsk]

autor: Piotr Wierzbowski
5
(1)

Po serwisie hamulca w rowerze Ojca Dyrektora oraz „brunchu” na Orlenie, ponownie udaliśmy się wzdłuż Wisły na północ, przywitać się z warszawską starówką. Nie trzeba było czekać na oficjalne zapisy na kolejną edycję Wisły 1200, by przekonać się, jak popularna jest to impreza – na moich oczach Leszek spotykał swoich fanów, którzy zaczepiali nas po drodze. 😉

Jeden z byłych zawodników Wisły, zupełnie przypadkowo przejeżdżający w okolicach Krakowskiego Przedmieścia, odprowadził nas do samej starówki. Nie zatrzymywaliśmy się na zwiedzanie. Po minięciu Placu Zamkowego, udaliśmy się Jezuicką i przez Nowe Miasto, by zjechać ponownie do Wybrzeża Gdańskiego. Następnie Mostem Gdańskim skoczyliśmy ponownie na prawy brzeg i pomknęliśmy dalej Szlakiem Golędzinowskim.

Jeden z weteranów poprzedniej edycji Wisły 1200 spotkał nas w Warszawie i z wielką radością towarzyszył w drodze na Plac Zamkowy

CIENIASY

Na wysokości Żerania spotkała nas dziwna sytuacja. Jechaliśmy za rowerzystką (na zwykłym, miejskim rowerze), wyprzedziliśmy ją tuż przed wzniesieniem. Niedługo później, jadąc za Leszkiem, czułem na plecach jej oddech, by za chwilę spotkać gniewane spojrzenie podczas, kiedy ona wyprzedzała nas, jadąc pod górę. 🤭👻 Zrównując się na chwilę z Ojcem Dyrektorem rzuciła pogardliwie: „Jak wyprzedzacie, to trzymajcie tempo!” 😳😂

Ta sytuacja nie tyle zraniła ego Leszka, co skłoniła do autorefleksji i poddania się czynnemu żalowi. 🤬😝 Stanęliśmy więc, żeby zastanowić się, co właściwie się stało. „Albo jesteśmy już porządnie zmęczeni… albo…” – mówił głośno Ojciec Dyrektor jednocześnie dotykając tylnego hamulca. Nagły kontakt opuszek palców z gorącym metalem dał rozwiązanie – serwis hamulca okazał się klapą. Blokował ponownie.

Nie czekając na zachętę, zabrałem się znowu za narzędzia, mając w głowie plan. Otóż w serwisie prosiliśmy nie tylko o wymianę klocków, ale w pierwszej kolejności o oczyszczenie i odblokowanie zapieczonego tłoczka. O ile serwis sprawnie uporał się z pierwszym, to – jak się właśnie okazało – tłoczek pozostawał niesprawny. Nie mając wielu opcji, nasmarowałem go delikatnie oliwką do łańcucha i kilka razy wepchnąłem do zacisku. Ojciec Dyrektor nie tracił ani chwili, śpiąc nieopodal na trawie. Obudził się dopiero, gdy dołączyła do nas Sylwia, ciesząc się na widok Wiślaków. Ona też miała problem natury technicznej. Nawigacja gubiła jej trasę. Postanowiliśmy więc kontynuować podróż we trójkę, co niezwłocznie po nasmarowaniu łańcuchów uczyniliśmy.

W którymś momencie podróży wzdłuż Rezerwatu Ławice Kiełpińskie Leszek powiedział, że zostało nam jeszcze jakieś 3 km do McDonalda w Nowym Dworze Mazowieckim. To były najdłuższe trzy kilometry trasy, które zmieniły się w 30. 😆 Podobnie, jak długa była droga do sieciówki, posiłek i leniwe rozmowy przy shake’ach również okazały się niespieszne.

ŁÓDKA POSZŁA NA DNO

Kolejnymi atrakcjami na trasie były Twierdza Modlin i sławna zakroczymska łódka. Jak się okazało na miejscu, z powodu wysokiego stanu rzeki, łódki nie było. To znaczy była, ale pod wodą. Cały Rezerwat Zakole Zakroczymskie był zalany. O ile kilku zawodników przeszło bagno z rowerami (!) w bród, Leszek uznał, że należy ustalić objazd tego odcinka. Zapukaliśmy więc do okolicznych mieszkańców i z użyciem darowanych przez nich kartonów, mazaków i kredy, wspólnym sumptem stworzyliśmy znaki na asfalcie (Sylwia), kartonie (ja) i w postaci sms-owiej wiadomości do pozostałych zawodników (Leszek z Olkiem za komputerem).
Ruszyliśmy dalej w deszcz, który właśnie zaczął padać.

Z powodu objazdu Leszek zdecydował się zostać nieco z tyłu i dopilnować, że informacja o zalaniu poszła w eter. Sylwia i ja ruszyliśmy w dalszą drogę wzdłuż Kampinoskiego Parku Narodowego, położonego na drugim brzegu Wisły.
Podczas jednego z postojów przy sklepie zobaczyliśmy w podglądzie trackingu, że jakimś trafem Ojciec Dyrektor jest przed nami. Dopiwszy szybko swoje jogurty zagryzane bułkami, rzuciliśmy się w pogoń za uciekinierem.

Ojciec Dyrektor szuka objazdu. W tle Pomnik Bohaterów Bitwy pod Bzurą 1939

Jak się okazało, kolejna przeprawa (dosłownie) czekała na nas za Wyszogrodem. Tam, na jednym z szybkich i stromych zjazdów, prawie zderzyliśmy się z idącym pod górę Leszkiem. Na szczęście widział nas z daleka (a może słyszał?) i ostrzegł głośnym wołaniem. Po ostrym hamowaniu i krótkiej naradzie dowiedzieliśmy się, że nie pozostaje nam nic innego, jak wdrapać się ponownie na górę i… szukać objazdu. Cała procedura rozpoczęła się od nowa, z pominięciem kredy i kartonów.

W tym miejscu i czasie dołączył do nas Darek. To bardzo pozytywna postać, która do końca będzie przeplatać się z naszymi ścieżkami. Doprecyzowując, ścieżka (ślad gpx) była jedna, ale nasze prędkości różne. O tym niedługo. 😉

Podobnie, jak pomiędzy Sandomierzem i Kazimierzem, przy drodze kusiły czerwoniutkie wiśnie, szukając przejezdnej ścieżki umożliwiającej jak najszybszy powrót na ślad wyścigu mijaliśmy pola pięknych truskawek. Nie powstrzymałem się i zaliczyłem mały szaber. 🤫 Na szczęście nie byłem osamotniony. 😉

Po kilku próbach i zawrotkach, ostatecznie Leszek wyznaczył objazd i wszyscy dojechaliśmy do prawidłowego toru jazdy.

SAMOOBSŁUGOWY PIT-STOP

Dalsza trasa była asfaltowo-wałowa, typowa dla Wisły 1200. Kiedy mijaliśmy kolejne zjazdy i wjazdy na wał, naszym oczom ukazał się bardzo przyjemny widok – pit-stop, przygotowany przez kogoś, komu bardzo dziękujemy! Ten samoobsługowy przybytek wyposażony był nie tylko w owoce i napoje, ale również w lampiony odstraszające komary i spray przeciwko owadom. 

Po szybkim uzupełnieniu zapasów ruszyliśmy dalej. Na jednym z twardych odcinków Darek po raz pierwszy pokazał nam, co potrafi. Rozpędzał się, a ja z Sylwią za nim. W którymś momencie zauważyłem, że jedziemy prawie 40 km/h po płaskim. To było nierozsądne z mojej strony, pomyślałem. I w tym momencie zacząłem lekko czuć lewą łydkę. Natychmiast odpuściłem popisy i pozwoliłem Darkowi odjechać. Zauważyłem, że Sylwia wykazała się mądrością nieco wcześniej ode mnie. Darek odjechał ku zachodzącemu słońcu.

GDY PŁOCK ODDALA SIĘ, RADEK WJEŻDŻA NA METĘ

Co mogę powiedzieć. Trzeba być terminatorem lub Radkiem Gołębiewskim, by zrobić Wisłę w trzeciej odsłonie poniżej 60 godzin. W czasie, gdy my posilaliśmy się bananami z pit-stopu i marzyli już nie o nocy w Toruniu, tylko dotarciu do Płocka, Radek finiszował. Zrobiliśmy więc krótką przerwę, by zobaczyć ten moment. Z jednej strony to było motywujące („da się” lub „meta nie może być przecież daleko”), z drugiej strony głowa zmęczona trzecią dobą nieustającego wysiłku zaczęła stawiać znaki zapytania. Na szczęście z głową, podobnie jak ze zmęczeniem mięśni, można wygrać.

Droga do Płocka bardzo mi się dłużyła. Szczerze mówiąc, nie patrzyłem już w ogóle na nawigację, obserwując jedynie tylne koło Leszka lub Sylwii. Po raz pierwszy od trzech dni jazda przestała sprawiać mi przyjemność i stawała się zobowiązaniem do wypełnienia przed samym sobą. Taki stan, w swojej nieprzyjemności, jest bardzo osobisty. To moment, w którym ciało wchodzi na inny poziom zmęczenia, a umysł wyostrza swoje skupienie na rzeczach, które do tej pory były niezauważalne lub ignorowane. Wraz z topniejącymi siłami wzrasta wola walki i przetrwania. Za to właśnie uwielbiam długodystansową rowerową wyrypę.

Po kilometrach piaszczystych ścieżek i wałów, po północy dotarliśmy do Płocka. Tam, po pokonaniu Wzgórza Tumskiego, pożegnaliśmy się z Leszkiem, który udał się na odpoczynek do hotelu. Naszym planem był postój na tamtejszym Orlenie, połączony z kolacją i krótką drzemką.

Na stacji, po krótkim wyjaśnieniu skąd w ogóle się tam wzięliśmy w środku nocy, bardzo życzliwy Płocczanin w mundurku Orlenu, uraczył nas soczystym burak-burgerem i pozwolił zdrzemnąć się w miejscu służącym normalnie do spożywania posiłków. To był mój pierwszy od trzech dni, mniej więcej półgodzinny, przerywany odwiedzinami klientów stacji sen. Nie powiem, żebym się wyspał, jednak taki restart systemu pozwolił na odroczenie odcięcia, jakie miało nastąpić w dalszej części podróży.

WSTAJE NOWY DZIEŃ

Ustaliliśmy z Sylwią, że ruszymy jeszcze przed świtem. Siedzieliśmy więc, rozmawiając spokojnie i po drobnej toalecie (warto zadbać szczególnie o stopy i pachwiny), uzupełnieniu zapasów i pożegnaniu się z miłym pracownikiem Orlenu, ponownie dosiedliśmy swoje rumaki. Podziwiając piękną panoramę miasta, udaliśmy się w dół rzeki, na spotkanie z Kopernikiem.

50-kilometrowy odcinek do Włocławka mijał nam sennie. Na tyle sennie, że przy jednym z wolnych przystanków Sylwia zaproponowała szybką drzemkę. Nie oponowałem, mój mózg na słowo „sen” zaciągnął wszystkie systemowe hamulce i po kilku sekundach układania się głowami do siebie na ławce o długości ok. półtora metra usnęliśmy w pozycji leżąco-siedzącej.
Nie wiem, czy spalibyśmy dalej, gdyby nie nastawienie budzika na 15 minut. Być może, ponieważ zmęczenie i potrzeba szybkiej drzemki przewyższały poziom dyskomfortu wynikający z niewygodnej pozycji.

Widok Wiślaków okupujących przystanki, czy nawet przydrożne zagłębienia terenu jest bardzo częsty. Im dalej jesteś na trasie, tym trudniej o znalezienie wolnego miejsca. Kiedyś dziwiłby mnie taki obrazek. Teraz wiem, że można usnąć gdziekolwiek i w jakiejkolwiek pozycji. Jednak o tym, że można spać w trakcie jazdy, miałem przekonać się nieco później.

Po krótkiej drzemce dojechaliśmy sprawnie do Dobrzynia nad Wisłą, gdzie powitał nas przysklepowy komitet złożony z tamtejszych lokalsów, nabierających sił z użyciem tanich energetyków w półlitrowych puszkach. Wyglądali na zmęczonych, ale nie prosili nas o finansowe wsparcie ich działań, Musieliśmy wyglądać na bardziej zmęczonych, co wzbudziło ich zaciekawienie i stało się iskrą do całkiem sympatycznej rozmowy. W końcu jak często tuż po 5 rano pojawiają się pod sklepem brudni i zmarnowani rowerzyści? Otóż okazuje się, że ten widok jest dla Dobrzynian na tyle atrakcyjny, że zdecydowali się oficjalnie witać Wiślaków banerem nad ulicą.

O poranku czwartego dnia wyścigu, który był jednocześnie dla mnie końcem trzeciego dnia rywalizacji, czułem się całkiem dobrze. Nocne zmęczenie i poranne zmulenie zniknęły i nabrałem równy rytm. Sylwia miała jednak problem z otarciami, więc po krótkiej naradzie rozdzieliliśmy się i pojechałem przodem. Celem krótkodystansowym był sklep spożywczy w Bobrownikach. Z myślą o porannej kanapce sprawnie rozprawiałem się z leśnymi, nieco piaszczystymi duktami, by spotkać się z pierwszymi problemami technicznymi na trasie.

Taka sytuacja… 😳 Po kilkukrotnym i coraz częstszym wysypywaniu się sprzętu, ponownie tracąc czas na wysokości Chełmna, postanowiłem zakończyć trasę i rozpocząć nowy przejazd. Pomogło

Używam Wahoo Elemnt Bolt i poza mało czytelną mapką, jestem z tej nawigacji bardzo zadowolony. Jednak kilka kilometrów przed miejscowością Stary Bógpomóż sprzęt zastrajkował po raz pierwszy – ku mojemu przerażeniu nagle wyłączył się. Chwila grozy trwała kilkanaście sekund, po czym wyświetlił się komunikat o ponownym ładowaniu zachowanych danych. Kilkuminutowe oczekiwanie zakończyło się załadowaniem wszystkiego, co przejechałem do tej pory, z wyjątkiem dystansu pokonanego w trakcie restartu. 
Utracenie w zapisie trasy kilku kilometrów przyjąłem jako mniejsze zło i szczerze cieszyłem się z funkcji przywracania przez Wahoo dotychczasowego zapisu, o której nie miałem pojęcia i która okazała się zbawienna w tej sytuacji. Inaczej cały mój przejazd zniknąłby z mapy. Biorąc pod uwagę działający z przerwami i zawieszający się często oficjalny tracker, pozostałyby mi piękne wspomnienia i świadectwo moich towarzyszy podróży o tym, że jechałem zgodnie z trasą. Też dobrze, ale czułem się lepiej mając zapis swoich dokonań. 

Nawet nie zdążyłem zjeść pączka pod sklepem, gdy dogoniła mnie Sylwia. Uznaliśmy to za znak, że warto pojechać dalej znowu razem, co uczyniliśmy. Tak mijały nam kolejne kilometry, meandrujące wśród lasów, piasków i nadwiślańskich łąk, a my zbliżaliśmy się w stronę Torunia.

Na kilkanaście kilometrów przed planowanym postojem na toruńskim Starym Mieście pojawił się ból lewego Achillesa. Pierwszy raz w życiu poczułem, że mam to ścięgno, a na pewno nigdy wcześniej mnie nie bolało. Ból był tak silny, że tym razem ja puściłem Sylwię przodem i nieco wolniej pokonałem dystans dzielący mnie do obiadu.

Postój na wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO toruńskim Starym Mieście przyniósł kilka pozytywów. Po pierwsze dogoniłem nie tylko Sylwię, ale i Darka, który poprzedniego dnia odjechał nam przed Płockiem. Po drugie, już w trójkę mogliśmy cieszyć się ciepłym, wegetariańskim posiłkiem. Po trzecie, po zażyciu tabletki, ból ścięgna przeszedł w dyskomfort, który nie uniemożliwiał już normalnej jazdy.

Z pełnymi brzuchami, bidonami i uśmiechami na twarzach ruszyliśmy ku twierdzy tego drugiego ojca dyrektora, aby wkrótce wjechać ponownie na nadwiślańskie wały i kontynuować podróż w stronę morza. Co prawda w tym miejscu trasa odbija na zachód, jednak z każdym kilometrem, pokonanym po betonowych płytach lub trawiastej ścieżce, meta wydawała się bliższa. Będąc w takim nastroju zostałem z tyłu na poobiednią drzemkę. Położyłem się na skarpie wału, rozkoszując się dźwiękami owadów i ciepłem promieni słońca. Ustawiłem budzik na pół godziny.

Kolejna szybka drzemka pozwoliła na restart systemu i żwawo ruszyłem w dalszą drogę, mając w planach dogonienie Darka i Sylwii. Jak się okazało, to nie było trudne, gdyż Sylwia zaczynała na tym etapie odczuwać pierwsze problemy z karkiem i postanowiła poczekać na mnie, dając wytchnienie zmęczonej szyi.

O ile droga do Chełmna zawierała liczne elementy asfaltowe, to nasze tempo było średnie, głównie z uwagi na zmęczenie, niewyspanie i nasilającą się kontuzję Sylwii. Dotarliśmy jednak w miarę sprawnie do punktu widokowego na terenie Rezerwatu Przyrody Góra Św. Wawrzyńca, gdzie po raz kolejny Wahoo odmówił współpracy, a z każdym restartem ponowne wgrywanie danych trwało coraz dłużej. Nie zauważając mojego przymusowego postoju, Sylwia odjechała, a ja nieco później utknąłem na dobre na single-tracku przed Chełmnem bez nawigacji. Spędziłem tam kilkanaście minut, nieco złoszcząc się już na sprzęt, który zwodził po raz kolejny. Wtedy zakończyłem trasę i rozpocząłem kolejny trening. Pomogło. Okazało się więc, że ilość danych z dotychczasowego przejazdu przekraczała możliwości obliczeniowe nawigacji, która jednak nie dawała żadnych sugestii, że należy zakończyć nagrywanie. Wahoo – temat do poprawy!

Ponieważ nie miałem zasięgu, nie mogłem dać znać Sylwii, co się stało. Czekała jednak na mnie na rynku w Chełmnie. Pisząc o tym po raz kolejny wrócę do elementu, który odróżnia krótkie wyścigi szosowe. Jeśli nawet w wyścigach szosowych i gravelowych startują ci sami zawodnicy, to ich podejście do jazdy jest często bardzo odmienne. W ultramaratonach liczy się coś więcej, niż maksymalna ilość watów, które generujemy w ciągu kilku godzin. Do głosu dochodzi długodystansowa wytrzymałość, mental oraz współpraca z innymi uczestnikami. Ta ostatnia może polegać na technicznej pomocy (o tym przeczytasz tutaj) lub zwykłym wsparciu w momencie, kiedy głowa jest już ze zmęczenia na innym poziomie świadomości. Właśnie za takie smaczki uwielbiam szutrowe wyścigi.

Wdzięczny za gotowość czekania na mnie, nie chciałem zatrzymywać Sylwii tym bardziej, że walczyła o 2. miejsce na podium kobiet w klasyfikacji całego wyścigu. Zostałem więc sam w Chełmnie. Kolejnym punktem zbornym miał być Grudziądz.

Najedzony, w dobrym nastroju i wyczekujący zbliżającego się z każdym kilometrem finiszu, sprawnie pokonałem ten 30-kilometrowy odcinek, wiodący przez wał wijący się malowniczo wzdłuż Wisły. Do podziwiania przypadł mi piękny zachód słońca, co tylko wzmocniło pozytywne emocje i pozwoliło na chwilę zapomnieć o potęgującym się zmęczeniu.

POWITANIE W GRUDZIĄDZU

Kolejną atrakcją na trasie był Singletrack Wisła, zarządzany przez Sara Workwear Wheel Brothers Racing z Grudziądza. Co więcej, po pokonaniu atrakcyjnego toru, który dodał trochę adrenaliny i na dobre rozbudził mnie pomimo późniejszej pory, na jego finiszu powitał nas (podczas przejazdu dogoniłem Sylwię) Marcin, członek wspomnianego klubu. Nie wiem, jak to zrobił, ale chyba śledził na bieżąco tracker, ponieważ kiedy tylko wyjechałem z toru, przywitał mnie po imieniu. Szacun! 🙂

 W tak miłym towarzystwie, wzbogaconym o jeszcze jednego Wiślaka, spędziliśmy cały wieczór, popijając kawę w McDonaldzie. Nie chciało nam się stamtąd wyjeżdżać, szczególnie że Marcin opowiadał mnóstwo ciekawych historii, a my odwdzięczaliśmy się swoimi przygodami z Wisły. Chciało nam się za to spać, ale nie bardzo było gdzie. Ustaliliśmy więc z Sylwią, że ruszamy w czwartą już nieprzespaną noc i atakujemy metę. Do Gdańska pozostało nam zaledwie 145 km. W normalnych warunkach łyknęlibyśmy to nawet za jednym podejściem. Ale normalnie już nie było 😉

Zwiedzając grudziądzki rynek, zgodnie z wytycznymi markera gps, obudziliśmy… śpiącego na ławce Ojca Dyrektora. 🙂 Tak oto ponownie w trójkę, ruszyliśmy ku Cytadeli.

DROGA W CIEMNOŚĆ

Nie zajechaliśmy daleko, ponieważ szyja Sylwii powoli, ale stanowczo odmawiała posłuszeństwa. Na tym etapie mogła jeszcze patrzeć do przodu, ale nie cały czas. Leszek znalazł rozwiązanie tej sytuacji. Jak sam stwierdził, usługi kręgarskie świadczy nieodpłatnie, ale jedynie po północy. 😆 Najlepiej obrazuje to zamieszczony poniżej film. 🧐🤭🤩

Po doraźnej „naprawie”, pobudzeni nieco głupawką i śmiechem, jechaliśmy przez noc. Jednak wciąż niemiłosiernie chciało mi się spać. Odczuwałem już takie zmęczenie, że kiedy stanęliśmy na podciągnięcie linek konstrukcji podtrzymującej głowę Sywlii, położyłem się na drodze w środku lasu i próbowałem usnąć. Nadchodzący sen skutecznie zakłócały chmary komarów, które atakowały nieustannie. Na tym etapie zmęczenia było mi wszystko jedno i poddawałem się im, nie próbując tracić energii na ich odganianie. Co więcej, z okazji na przycięcie komara wśród komarów skorzystali Sylwia i Ojciec Dyrektor, kładąc się nieopodal. Nie mam pojęcia, czy usnąłem. Prawdopodobnie nikt z nas nie zdołał przysnąć, ponieważ owady kłuły nie tylko boleśnie, ale też strasznie hałasowały. Nie pozostało nam nic innego, niż toczyć się dalej.

ZIMNY PORANEK

Nie pamiętam drogi pomiędzy Grudziądzem i Kwidzynem. Wiem z wcześniejszego objazdu trasy, że w okolicach Zakurzewa był bardzo stromy podjazd (wręcz podejście) pod Góry Łosiowe. Absolutnie nie przypominam sobie tego i gdyby nie wspólna jazda z architektem trasy, uznałbym, że gdzieś pobłądziłem i skróciłem trasę.

Do senności i zmęczenia o świcie dołączył deszcz, wiatr i spadek temperatury do ok. 10 stopni Celsjusza. Zaskakujące było to, że zamiast popadać w przygnębienie, zaczynaliśmy zachowywać się jak na haju – Ojciec Dyrektor śpiewał głośno bliżej nieokreślone pieśni, my jadąc z tyłu, śmialiśmy się bez powodu. Domyślam się, że to efekt niewyspania. Na szczęście zrobiło się na tyle widno, że nie widziałem już postaci zamiast drzew, kiedy przedzieraliśmy się przez las nocą.

Ponieważ patent Leszka na podtrzymanie głowy Sylwii ostatecznie przestał działać, jak przystało na lidera, zaproponował nowe rozwiązanie. Cel był ten sam – pozwolić Sylwii patrzeć w przód, by móc jechać. Na czym polegał? No cóż, kiedy Sylwia zobaczyła kolejne dzieło Ojca Dyrektora, powiedziała z nieukrywanym przerażeniem: „Co zrobiliście z moim ukochanym rowerkiem?!” 🤯 😳 🤣

Sylwia ze swoim nowym barankiem i w kurtce Leszka, ja ubrany w jej ręcznik i swoją folię NRC 🤗 Fot. Leszek Pachulski

Ponieważ Leszek zachował więcej energii w tym momencie, gremialnie ustaliliśmy, że nie będziemy go spowalniać. Od tej pory zostaliśmy tandemem.

Rower Sylwii wyposażony był w zaciski QR, a na wyboistym wale jeden z nich poluzował się. Kiedy zatrzymaliśmy się, aby dociągnęła przednie koło, oparłem się na kierownicy i… usnąłem na stojąco. Jak sądzę, po kilku sekundach zacząłem tracić równowagę i przewracać się na bok. Odruchowo majtnąłem się i w tym momencie wystraszyłem Sylwię, która… usnęła w pozycji z rękami w dół, przy przednim zacisku. 😲 Nie było jednak mowy, aby zatrzymać się na środku odsłoniętego pustkowia, podczas gdy wiał zimny wiatr i padał deszcz.

Dojechaliśmy więc do mostu na Wiśle w śladzie DK90 i po kilku kilometrach dotarliśmy do sklepu spożywczego Eufemia w Jaźwiskach. Normalnie czynny jest od 7 do 20, ale pani właścicielka napoiła nas i nakarmiła już po 5 rano. Zrobiła kawę i pozwoliła przespać się Sylwii w cieple, na zapleczu. Spotkaliśmy kolejne bardzo pozytywne i życzliwe osoby na naszej drodze – właścicielkę i jej córkę. 

Coraz poważniejszy stan karku Sylwii oddalał od niej wizję drugiego miejsca na pudle w klasyfikacji kobiet. Niebezpiecznie zaczęła zbliżać się do niej Kasia Jacek. Dlatego, kiedy na wale za Gniewem zacząłem usypiać w czasie jazdy, szybko podjęliśmy decyzję – Sylwia toczy się z coraz bardziej opadniętą głową, ja ucinam sobie 15-minutową drzemkę na betonie i doganiam ją. Tak właśnie się stało. Usnąłem natychmiast, po 15 minutach obudziłem się zmarznięty i zupełnie nie wiedziałem gdzie jestem i w którą stronę powinienem jechać. Bez ociągania się wpiąłem szybkozłączki w swoje zwoje mózgowe i odzyskałem świadomość na tyle, by kontynuować jazdę. Zgodnie z założeniami dogoniłem Sylwię, jednak nie tak szybko, jak myślałem. Twardzielka cisnęła patrząc pod siebie i nie widząc wiele z przodu, a na jej policzkach były prawdziwe łzy. Jak powiedziała, płakała z bólu i z poczucia rezygnacji. Nie zatrzymała się jednak i kilometr po kilometrze, zbliżaliśmy się do Tczewa.

TCZEWSKIE ŁĄKI I OSTATNIA PROSTA

Po szybkim pit-stopie na stacji przed Tczewem, zbawiennych kaloriach i gorącej czekoladzie, ruszyliśmy przez miejskie ścieżki, by ostatecznie zaatakować metę. Przed nami było mniej niż 60 km i słynne tczewskie łąki do pokonania. Na początku szło bardzo dobrze, jednak kiedy zaczął padać deszcz, ten odcinek pokazał swoje prawdziwe oblicze. Wtedy wymyśliliśmy system nawigacji dla Sylwii – ja jechałem przodem i podawałem komendy typu „lewa – dziura!”, „środkiem, równo”, czy „błoto 30 m”. Ku mojemu zaskoczeniu, prawie nie zwolniliśmy pomimo, że twarz Sylwii skierowana była bezpośrednio w dół, więc nie mogła widzieć nic więcej, niż kawałek mojej opony.

Po dwudziestu trudniejszych kilometrach wyjechaliśmy na oficjalny, gładki i komfortowy odcinek Wiślanej Trasy Rowerowej. To była ostatnia prosta do ujścia, które co prawda metą nie było, ale dla każdego, kto stanie przy słynnej barierce z kołem ratunkowym i zakazem wstępu, jest jak mekka.

W tym miejscu Sylwia już miała pewność, że ukończy zawody na 2. pozycji. Ja wiedziałem, że utrzymam swoją lokatę w klasyfikacji OPEN. Dlatego niespiesznie cieszyliśmy się widokiem, dźwiękami i zapachami, obserwując innych zawodników, którzy w pośpiechu dobiegali do punktu „zero” i zawracali, by jak najszybciej dojechać na linię mety.

Dla wyjaśnienia, nie spieszyliśmy się, ponieważ mimo to, że fizycznie wyprzedzali mnie zawodnicy, wystartowałem kilkadziesiąt minut lub kilka godzin po nich. Miałem więc wystarczającą przewagę, by spokojnie cieszyć się chwilą.

Prawie meta, czyli ujście Wisły do morza. Satysfakcja niesamowita.

Jak wyglądała Wisła 1200 oczami Sylwii możesz przeczytać tutaj.

META

Na mecie czekał na Sylwię jej chłopak, na mnie Agata i Pola. Na nas wszystkich czekał natomiast Ojciec Dyrektor z medalami i gratulacjami. Po niespełna 101 godzinach jazdy, w tym około 2 godzinach przerywanego snu, dotarłem po raz pierwszy w życiu na metę takiego ultramaratonu. To, co czuje się w takim momencie, w dodatku w tak specyficznym stanie zmęczenia i euforii jednocześnie, jest trudne do opisania.

PODSUMOWANIE

Mam nadzieję, że ta relacja w jakimś stopniu przybliżyła Ci klimat Wisły 1200.

Jeśli obawiasz się takiego dystansu, możesz spróbować swoich sił w krótszych zawodach. Bogaty wybór imprez bikepackingowych na sezon 2021 znajdziesz w kalendarzu imprez.
Wtedy, z pewnym doświadczeniem, warto przymierzyć się do Wisły 1200 lub Wschodu, w kolejnej ich edycji. 

Co zagrało?

Do elementów, które sprawdziły się idealnie lub bardzo dobrze zaliczyłbym:

  • sprzęt – wszystko działało idelanie, nawet kółeczko od przerzutki ⚙️😉
  • przygotowanie przed zawodami i pakowanie – o tym możesz przeczytać tutaj
  • atmosferę imprezy i napotkanych po drodze ludzi

Co bym zmienił?

Jest jedna rzecz, którą definitywnie zaplanuję inaczej – sen. O ile ultra o dystansie 500-600 km wciąż będę miał ochotę połknąć w całości, to dłuższe dystanse wymagają snu, przynajmniej krótkiego. Udowodniłem sobie, że mogłem dojechać tak długi odcinek na bardzo poważnym deficycie snu, ale wiem, że taka deprywacja jest po prostu niezdrowa.

Podsumowując

  • zadbałbym o sen, począwszy od drugiej nocy, jakieś 2-4 godziny każdej doby
  • wziąłbym ze sobą jedną warstwę ciepłej bielizny
  • biorąc pod uwagę prowadzony przeze mnie blog, robiłbym więcej zdjęć 📸😀

ZOBACZ TRASĘ WISŁY 1200

Cz. 1 (do poddania się Wahoo)

Cz. 2 (po kolejnym resecie Wahoo i ponownym wgraniu trasy)

Aby poczuć to, co dzieje się w głowie i sercu u ujścia Wisły, trzeba przejechać wzdłuż niej od źródła do samego morza. Warto, pomimo niesamowitego zmęczenia

Podobał Ci się artykuł? Dodaj swoją ocenę!

Kliknij, aby ocenić

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów 1

Dodaj pierwszą ocenę!

Dodaj komentarz

5 komentarzy

Piotr Wierzbowski 6 listopada 2020 - 18:23

Jak zawsze, zapraszam do komentowania 🙂

Odpowiedz
Leszek 6 listopada 2020 - 19:46

a co tu komentować …Mistrz !!!

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 6 listopada 2020 - 21:15

Leszku, dziękuję 🙂

Odpowiedz
Karol Grzesik 8 listopada 2020 - 12:19

A propos Wahoo. Mieliśmy ze znajomymi dyskusję, z której wynikało, że każdemu kto jeździ z tą nawigacją przydarzała się zwiecha po dłuższym dystansie. Skończyło się na zapytaniu do producenta, i oto co odpisali. Bez komentarza 🙃

Thanks for contacting Wahoo Fitness. Our head units are optimized to run without any recording issues within around its stated battery life. Once you are recording above this length of time, the chance of recording issues resulting in a reboot increase. Additionally, very large route and ride recordings can be demanding to the operating memory of the head unit. For this reason, we recommend taking the following measures to reduce issues when riding longer distances/times:
Save your route files into shorter „chunks” of around 200km apiece. You can load the next section of route without ending your current ride recording.
Save your ride recording every 12 hours or so, and start a new ride recording at that time. This is like hitting „save” while writing an essay. Afterwards, you can „stitch” together the files using the „File Combiner” tool at fitfiletools.com
Let me know if you have any additional questions!

Best regards,
Bruno

Z dobrych informacji, to w moim przypadku pomogły wszystkie aktualne update’y i reset fabryczny. Wyczyszczenie pamięci pozwoliło już przejechać na Północ-Południe 37h na raz bez problemów.

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 8 listopada 2020 - 20:29

Dzięki Karolu za tę informację! Pójdę w Twoje ślady. Jednak zaczynam się przyglądać sprzętowi Hammerhead. Co sądzisz?

Odpowiedz

You may also like