Wschód 2021 – relacja cz. 2

autor: Piotr Wierzbowski
5
(1)

Pierwsza część Wschodu 2021 była może wymagająca, ale pogoda sprzyjała podziwianiu widoków i cieszeniu się podróżą. Tak było mniej więcej do Terespola, przynajmniej dla mnie i Wschodniaków podróżujących w podobnym tempie. Dla tych za nami błotne przeprawy już się zaczęły, wraz z nadejściem frontu burzowego…

Poranna przeprawa

Po długiej biesiadzie w gronie towarzyszy podróży, noc minęła nad wyraz szybko. Morfeusz nie miał wiele roboty – zanim dobrze usnąłem, zadzwonił budzik. Motywacją do szybkiego ściągnięcia się z pościeli był nie tylko rozkład kursowania promu na Bugu, w którym 5:30 widniała na samej górze. Gonił nas deszczowy front, a my znajdowaliśmy się w szarym i burym, ale jednak suchym oknie pogodowym, gdzieś na skraju deszczu z poprzedniego dnia i jeszcze przed tym goniącym znad Lubelszczyzny.

Za śniadanie posłużyły kanapki z suchego chleba i plastra żółtego sera, urozmaicone plastrem pomidora. Na coś bardziej pożywnego przyjdzie czas po drodze, a teraz trzeba się uwijać, by zdążyć na pierwszy prom i jak najszybciej opuścić mokrą Lubelszczyznę.

Swojski i wyluzowany klimat styku kultur lubelskiej i podlaskiej ukazał swoje powolne wdzięki już przy promie. Było kilka minut po 5:30, kiedy dotarliśmy do brzegu czwartej pod względem długości rzeki w Polsce. Prom stał i czekał. Nie na nas, gdyż był po drugiej stronie. Najpierw czekaliśmy spokojnie, ale po 10 minutach rozpoczęliśmy werbalną komunikację z operatorem, który zaspany wyszedł z budki na drugim brzegu. Wyglądał nie tyle na zdziwionego nasza obecnością, co zafrasowanego. Rozmawiając między sobą o dalszych planach na resztę trasy Wchodu słyszeliśmy, jak operator nerwowo pogania przez telefon swojego rozmówcę. Po chwili do promu podjechała z piskiem opon mała terenówka i z nią na pokładzie, ku naszej radości, ręcznie napędzana tratwa zaczęła zmierzać w naszą stronę. 

Ten prom pomiędzy Mielnikiem i Zabużem stanowił dla nas swoistą granicę pomiędzy etapem kolorowym i ciepłym oraz odcinkiem wilgotnym i burym. Z tego właśnie powodu zdjęcia w tej części wzoruję na podstawie moich odczuć. Wciąż było super. Tylko nieco mniej komfortowo. A co do promu, za jedyne 3 zł bez paragonu udaliśmy się na drugi brzeg, by przywitać się z Podlasiem.

Podlasie gościnnością stoi

Niedługo po przekroczeniu Bugu dogoniliśmy Pawła na hulajnodze, który przeprawił się poprzedniego wieczoru i nocował po podlaskiej stronie. Facet jest niesamowity – pokonuje 1420-kilometrową trasę na hulajnodze, jadąc dziennie po 20 godzin. Oczywiście cykliści też tak robią, ale jadą znacznie szybciej. Paweł był więc skazany (na własne życzenie oczywiście) na więcej godzin… no właśnie, nie w siodle. Na nogach. Naprawdę imponujące!

Po kilku kilometrach zostałem sam. Leon wyruszył z noclegu po mnie, a w grupce z promu każdy miał swoje, nieco odmienne tempo. Co prawda co jakiś czas mijaliśmy się, kiedy ktoś zmieniał ustawienia w swojej garderobie, na przykład wrzucając lub zrzucając nogawki lub wiatrówkę. Taka jazda bardzo mi odpowiada. Lubię ludzi i rowerowe pogaduchy, ale w tamtym momencie miałem ochotę na samotność. Taka możliwość dopasowania stylu jazdy do nastroju i potrzeby chwili to jedna z zalet ultramaratonów. Chcesz, to lecisz sam. Masz ochotę na towarzystwo, wcześniej, czy później trafisz na kogoś. A z takich spotkań często powstają prawdziwe przyjaźnie.

W swego rodzaju samotno-chłodno-głodnym transie przemieszczałem się całkiem żwawo wzdłuż białoruskiej granicy. Okazję na zaspokojenie pierwszego głodu otrzymałem jak gwiazdkę z zachmurzonego nieba już w okolicach Tokar, gdzie natrafiłem na pierwszy tego dnia sklep obwoźny. Drożdżówka z makiem i jogurt zrobiły robotę i dały mi siłę na dalsze kilometry.

Skoro mowa o jedzeniu i odżywianiu, zauważam pewną prawidłowość. Jem mało. Co więcej, posilam się dosyć rzadko. Wyleczyłem się z mitów o jedzeniu co pół godziny. Mam w sobie na tyle dużo zasobów energii (czytaj tłuszczu), żeby taka drożdżówka wystarczyła na kilkadziesiąt kilometrów. Ważniejsze jest picie, ale w takich warunkach jak tego dnia, napoje nie schodzą zbyt szybko.

Nie oznacza to jednak, że można tak w nieskończoność. Brak śniadania i ograniczona dieta chlebowo-drożdżówkowa sprawiły, że docierając do Czeremchy zacząłem rozglądać się za jakąś restauracją. Na próżno. Było przed 8:00 rano, więc jedyną opcją były sklepy… z drożdżówkami. Ale jak to powiedział w jednym z wywiadów Radek Gołębiewski, tak właśnie żywią się ultrasi na trasie.
Ja jednak byłem w tej podróży turystą, więc aspirowałem do zjedzenia prawdziwego śniadania.

Tego nie znalazłem, ale spotkałem się za to z bardzo miłą reakcją pani, która okazała się pracownikiem Muzeum Kolejnictwa w Czeremsze. Widząc, że zainteresowałem się tamtejszą, widoczną przez ogrodzenie wystawą, zapytała mnie, czy chciałbym zobaczyć eksponaty z bliska. Nie byłem przekonany, ale zaczęła opowiadać z taką pasją o lokomotywie, że podjąłem decyzję, by zaspokoić z bliska swoją wcześniejszą ciekawość. Otworzyła mi więc bramę i poszła gdzieś (może na śniadanie? ;)), zostawiając mnie sam na sam z parowozem TP4-148, pruskiej produkcji sprzed I wojny światowej.

Po chwili kontemplacji i uświadomieniu sobie, że koła 650b faktycznie są mniejsze… od tych parowozowych, 😁 udałem się w dalszą podróż. W mojej głowie majaczyło pyszne śniadanie. Wizualizacja ta potęgowana była przez odczuwalny, coraz silniejszy głód. Wiedziałem, że do Białowieży pozostało mi jeszcze (tylko i aż) 50 km. Nagle, kiedy wyjechałem z lasu w jakiejś małej miejscowości, która okazała się być Starzyną, pośród kilku domków zobaczyłem ciekawe miejsce z szyldem informującym o powiązaniach z tematami jogi i medytacji. W moim zmęczonym umyśle ostatkiem sił przepłynął impuls… a może odezwała się intuicja? W każdym razie w chwili, kiedy z bramy tego przybytku wychodziły jakieś osoby, nacisnąłem mocno klamki hamulców i zatrzymawszy się zapytałem wprost, czy tam można kupić śniadanie. Trzy panie patrzyły na mnie ze zdziwieniem, ale jednocześnie biło od nich ciepło. Po chwili namysłu, z pewnością widząc we mnie zmęczoną sierotę na rowerze odpowiedziały, że kupić nie można, ale zjeść jak najbardziej.

W ten niecodzienny sposób trafiłem do ośrodka JogaRuchOddech, który prowadzi otwarte zajęcia, warsztaty i programy, mające na celu propagowanie aktywności fizycznej, zdrowego stylu życiu i szeroko pojętej ekologii. Kiedy zaproszony do jadalni zapytałem o coś bez mięsa usłyszałem, że tam nikt nie je mięsa. Tego się nie spodziewałem. Kolejna godzina minęła mi posilaniu ciała pyszną, wegetariańską strawą i umysłu inspirująca rozmową. Zostałbym tam dłużej, ale zegar tyka, a ja nie młodnieję. 😁 Czas ruszać ku kolejnym przygodom. Po zrobieniu okolicznościowych, pamiątkowych zdjęć, założyłem słuchawki, puściłem radosną muzykę i z radością w sercu i pełnym żołądkiem pomknąłem ku reliktowi pierwotnych lasów. Czas poczuć piękno Puszczy Białowieskiej.

Strefa nadgraniczna

Jechało mi się tak dobrze, że postanowiłem nie zatrzymywać się w Białowieży. Ponownie pchany instynktem, pojechałem dalej. W Pogorzelicach postanowiłem jednak zajechać na chwilę do napotkanej Polany Żubra, poleconej przez lokalsów. To miejsce okazało się być kolejnym miłym przystankiem kulinarnym. Właścicielka zaprosiła mnie do środka wiedząc, że nie mam wiele gotówki, a ona nie przyjmuje płatności online. Jak to ujęła, nie wypuści mnie głodnego. Nie przyznałem się, że byłem bardziej pazerny na domowe wyroby w jej menu, niż bardzo głodnym. 😉 Z odsieczą przybył mi Leon, któremu wysłałem „namiary na pyszne jedzonko”. Pierwszy raz tak jechałem, żeby więcej zwiedzać, niż odliczać przebyte kilometry. Nie ukrywam, że ma to swój smaczek. Dosłownie. 😎

Kolejne kilometry to przyjemna podróż przez lasy Puszczy Białowieskiej i zwiedzanie tamtejszych rezerwatów. Zapamiętałem również przejazd tamą przy Jeziorze Siemianowskim. Na Rynku w Jałówce Leon zdecydował, że każdy poleci swoim tempem (chociaż tę zasadę i tak stosowaliśmy od początku, jadąc razem, ale osobno). Zagadali nas dziennikarze z Newsweeka, szukający drogo do Usnarza Górnego, czyli osławionej podlaskiej wsi, koło której, na granicy, zatrzymani zostali imigranci. Na ich żartobliwe pytanie, czy nie boi się, że ukradną mu rower, Leon równie zabawnie odpowiedział, że nawet by się ucieszył. 😉

Pytanie miało sens, ponieważ strach przed imigrantami był odczuwalny i wszechobecny. Mówiło się o tym w sklepie, w barze, na ulicy. Niby wszyscy rozumieli, że to uchodźcy, ale jednocześnie poddawali w wątpliwość ich uczciwość. Ewidentnie bali się obcych. 

Przez kolejne kilkanaście kilometrów spotkałem kilka patroli Straży Granicznej, która była nastawiona neutralnie lub życzliwie. Nie zwracali wręcz na mnie uwagi. Z pewnością wiedzieli, o co chodzi. Nie tylko nie byłem pierwszym szutrowcem na trasie ich patrolu, po prostu mieli informację od organizatora. Później dowiedziałem się, że kilku zawodników zostało zatrzymanych i skontrolowanych. Być może nie wszyscy żołnierze otrzymali cynk. A może nudzili się i chcieli zagadać? 😃

Natrafiłem też na bardzo sympatyczne małżeństwo z Gdyni, którzy niespiesznym tempem udawali się w przeciwnym kierunku. 

Minąwszy Bobrowniki, zacząłem oddalać się od granicy. Cały ten panujący na wschodniej ścianie nastrój niepewności udzielał się, potęgowany pogodową, szarą woalką. Chyba właśnie o to chodzi politykom, by wzbudzać strach i niepewność. Wtedy łatwiej osiąga się cele. Nie każdy lubi eksplorację nieznanych terytoriów i poznawanie nowych rzeczy. Większość czuje się bezpiecznie w miejscach, które dobrze zna. Ale nie o tym, nie tutaj.

Włączyłem energetyczną playlistę i mknąłem dalej. Nawet odcinki obfite w plażowe wręcz piachy były ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu przejezdne, i to bez większego wysiłku. Odrobina techniki, wsparta szeroką gumą z dobrym bieżnikiem dawała flow. Po raz kolejny ucieszyłem się z decyzji o zmianie kół, jaką podjąłem tuż przed startem. Lekkie Evanlite New Gravel 650b, muzyka w uszach i coraz piękniej nasycające się kolorami niebo sprawiły, że czułem się jeszcze bardziej szczęśliwy.

Z perspektywy całego dystansu muszę przyznać, że Wschód 2021 uszczęśliwił mnie bardzo. Nie tylko w takich chwilach, jak tak ta, kiedy celem na nocleg był Supraśl. W ogóle czułem się wspaniale, mogąc szwendać się po tak rozległym obszarze.

Park Krajobrazowy Puszczy Knyszyńskiej powitał mnie pięknym malowidłem na niebie. Po szaro-burym dniu była to miła odmiana. Pędziłem więc z uśmiechem na ustach, zatrzymując się kilkukrotnie na zdjęcia. Takie chwile pamięta się długo. Te wspomnienia przydadzą się na zimowe, smętne dni.

Tasowaliśmy się z Leonem i ostatecznie to on dojechał do Supraśla jako pierwszy. Było kilkanaście minut przed 21:00, więc nie zaskoczyło nas, że restauracja czynna do 21:00 odmówiła wydania posiłku. Nie pierwszy raz po drodze. Nie zawiódł pobliski spożywczak. Obkupieni, udaliśmy się do zaklepanego wcześniej noclegu.

Najlepsza drożdżówka z makiem

Nocowaliśmy w tamtejszym Domu pielgrzyma. Było to jedyne miejsce, gdzie dzwoniąc z trasy nie usłyszałem wymownego „no nie wiem, chyba nie”. Chodziło o pobyt na jedną noc. 

Trzypiętrowy obiekt był biały w środku, jak przystało na surowe wzornictwo kościelne, a jego sterylności bronił dzielnie świecki pracownik. Nazwaliśmy go z Leonem „ministrantem”, ponieważ z jego wypowiedzi bił olbrzymi strach przed przełożonym. Chodziło oczywiście o rowery na korytarzu. Ostatecznie udobruchaliśmy walecznego ministranta obietnicą zmycia się przed szóstą rano.

Leon wyleciał chwilę wcześniej (spaliśmy w jedynkach, dla wygody), ale nie żałowałem swojej zwłoki. Nad Zalewem Zajma na rzece Supraśl powitał mnie pięknie wschód słońca. Jak się miało okazać, ostatni taki kolorowy w czasie tej podróży.

Droga przez Rezerwat Budzisk i u skraju Rezerwatu Taboły była ciekawa i dosyć szybka. Kiedy połykałem pierwsze kilometry tego dnia, słońce nabierało wysokości i spłaszczało cały krajobraz. 
W Starej Rozedrance zjadłem najpyszniejszą w życiu drożdżówkę z makiem. Nie wiem, czy to przez brak śniadania, czy była naprawdę taka wspaniała. 😉

W dalszej drodze natrafiłem na wycinkę. Nie pierwszą i nie ostatnią na trasie, ale chyba najbardziej intensywną. Podobno był nawet objazd tego odcinka, ale do mnie taka informacja nie dotarła. Przebrnąłem więc między potężnymi kombajnami zrębowymi (zwanymi harvesterami), które sprawnie zamieniały drzewa w drewno na ciężarówkach. Masowa produkcja… zostawmy to.

Swoją drogą, gdyby przestrzegać znaków zakazu wejścia z powody wycinki, nigdzie byśmy nie dojechali. W prawie każdym lesie była wycinka. Co więcej, okres zakazu sięgał często minionej wiosny i zamykał ten obszar aż do końca roku.

Wjazd do Dąbrowy Białostockiej był jak z opisu postapokaliptycznego krajobrazu, gdzie z niczego wyłaniają się pozostałości ludzkiej dominacji. Tym dominantem był potężny kościół przy ul. 3 Maja, wyglądający niczym katedra. Otoczony kilkoma niskimi, post PRL-owskimi blokami, sprawiał wrażenie, jakby jakiś olbrzym postawił go tam przez przypadek. Nieco dalej namierzyliśmy bar z kebabem. Tym razem danie wege oznaczało kebab bez kababa. Ale frytki były ciepłe. 😉

Po  ciekawych, polno-leśnych odcinkach, kolejnym przystankiem okazał się być dla nas Augustów. Leon wykonał świetny research na Google, znajdując restaurację z pyszną pizzą i miłą obsługą. W czwórkę niespiesznie cieszyliśmy się ostatnimi ciepłymi i suchymi godzinami. Widzieliśmy prognozy. Czas ruszać dalej.

Biebrza

Pogoda wciąż rozpieszczała, a trasa nie rzucała żadnych kłód pod koła. Dominowały szutry, czasem ustępując miejsca polnej drodze, asfaltowi, z rzadka zarośniętej łące. Tak dotarliśmy do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Przy wjeździe wystarczy zeskanować kod QR i w pełni legalnie można cieszyć się jego urokiem. Oczywiście nie była to główna atrakcja tego miejsca. Oprócz pięknych krajobrazów, bardzo spodobał mi się ręcznie napędzany prom na Biebrzy. Czynny 24 godziny na dobę, chociaż w parku chyba nie można przebywać po zachodzie słońca. Świetny był też przejazd po drewnianej kładce turystycznej Szuszalewo-Jałowo.

Kolejnym przystankiem był Augustów. Leon wykonał świetną pracę wyszukując dobrą restaurację z pyszną pizzą. W trakcie takiej wyprawy dobry, ciepły posiłek robi różnicę i daje energię na kolejne dziesiątki kilometrów.

Kraina jak z gravelowej baśni

Suwalszczyzna szutrami stoi, ale zespół PoKoP-u zadbał o różnorodność. Zaznaczam, że pisze to bez uszczypliwości, po prostu nie było nudno. Przed oczami zmieniały się krajobrazy, pod kołami nawierzchnie, a nogi czuły zmiany wysokości, szczególnie w drodze pod górę. To właśnie sprawia, że tej region jest wręcz baśniowy dla rowerzysty. Oczywiście pod warunkiem 

Pomiędzy 935. i 1040. km trasy droga prowadzi w zasadzie cały czas pod górę, meandrując między tamtejszymi mezoregionami, które wyrzeźbił nie kto inny, tylko Dziadek Lodowiec. Wyszło mu całkiem zacnie – jest pięknie i ciekawie. Nie dziwne, że na Suwalszczyźnie oraz na pobliskich Warmii i Mazurach zawody gravelowe rosną jak grzyby po deszczu.

Skoro o deszczu… widać to na zdjęciach. Nic nie trwa wiecznie, więc i my zostaliśmy zmuszeni do przeproszenia się z wiatrówkami, aby nieco później wyjąć z sakw kurtki przeciwdeszczowe. Te ostatnie miały nam służyć aż do mety.

Trójstyk granic

Już delikatnie mokrzy bawiliśmy się szutrowymi serpentynami, jadąc to w górę, to w dół. Żałowałem, że moje GoPro uległo wcześniej częściowej defragmentacji i nie mogę nakręcić materiału do relacji na kanał Rezerwatu Przygody na TouTube. Próbowałem nagrywać telefonem, ale przy 40 km/h, nierównej nawierzchni i zakrętach, wolałem nie ryzykować.

Trójstyk granic Polski, Litwy i Rosji to już drugie takie miejsce na trasie.  Na 452. km przejeżdżaliśmy przez trójstyk Polski, Ukrainy i Białorusi. Teraz byliśmy prawie 580 km dalej.

Po przekroczeniu markera 1030 za stykiem granic, z każdym kilometrem zaczynały coraz bardziej zaczynały otulać nas mrok i deszcz. Cieszyłem się, że zbliżamy się do Puszczy Rominckiej, która zapamiętałem z poprzednich wojaży z długich, szybkich szutrów. Zarówno na rekonesansie trasy Great Lakes Gravel, jak i na samym wyścigu, przemierzałem ten piękny obszar po zmroku. Podczas włóczęgi na Wschodzie liczyłem po cichu, że uda mi się zobaczyć słynne „akwedukty” za dnia. Niestety.

Dla wyjaśnienia, „akwedukty” to potoczna nazwa poniemieckich mostów kolejowych, które swoją architekturą przypominają starożytne akwedukty.

Nie mogę jednak przyznać, że nie poczułem ich wielkości. Okazało się, że po jednym z nich prowadzi trasa, o czym jadąc nią nie wiedziałem. Ściślej, idąc. I całe szczęście, bo to dosyć wąski, zarośnięty most. Nawet rosną na nim niewielkie drzewa. W ciemnościach to sprawiało wrażenie, że idę po nierównej ścieżce. Ale kątem oka, kiedy skręciłem kierownicę w bok, zobaczyłem drzewa obok tej ścieżki. Tylko… widziałem czubki sosen. Nie pnie, lecz ich korony. Zdjąłem latarkę i poświeciłem w dół. Wtedy ugięły mi się nogi. Zupełnie poważnie, gdybym próbował pojechać ten kilkudziesięciometrowy kawałek trasy, zamiast spokojnie iść, przy jakimś niesprzyjającym zbiegu błędów w wyborze śladu (a to się zdarza, jedziemy na dużym zmęczeniu), mógłbym zaliczyć swój ostatni lot w życiu. Trochę się przeraziłem.

Wcale nie szutrową i nie prosta drogą dotarliśmy ostatecznie do Gołdapi, by podładować baterie na przedostatni dzień tej ekscytującej podróży. Po szybkich zakupach w Żabce przyszedł czas na odpoczynek. Pamiętam, że kiedy pod sklepem rozmawiałem z kilkoma zawodnikami szykującymi się do jazdy nocą w deszczu, cieszyłem się, że tym razem nie mam takich ambicji.

Kiedy pada...

Mazury przywitały nas nocnym deszczem, który z krótkimi przerwami utrzymywał się o poranku. Nie spieszyliśmy się więc ze śniadaniem w tej samej Żabce, w której zaopatrzyliśmy się w kolację. Dobrą opcją podczas podróży jest zakup zupy, którą można pogrzać na miejscu. Daje to przynajmniej namiastkę normalnego dania. Dostępne są opcje wegetariańskie. Jak to bywa, nie ma wielkiego wyboru, ale są.

Toczyliśmy się więc niespiesznie, ale wytrwale w stronę mety. Zauważyłem, że pomimo niesprzyjającej aury i szóstego już dnia podróży, nie czuję ani znużenia, ani rozdrażnienia. Nie mówiąc już o jakimkolwiek poczuciu rezygnacji. Wręcz przeciwnie, cieszyłem się do tej pory każdym kilometrem, często stając  i robiąc zdjęcia. Czasem stawałem nie wyciągając aparatu. Po prostu byłem. Nie przeszkadzał mi deszcz, ani wilgotne stopy.
Kiedyś miałbym do siebie pretensje o taką postawę. Teraz byłem sobie wdzięczny. Może nawet bardziej Leonowi, bo to on był strażnikiem mojej uważności podczas tej podróży.

Cieszyłem się więc z prostych rzeczy, jak kolejne słupki graniczne, czy nowe rodzaje płyt betonowych i bruku, jakich jeszcze nie widziałem. Mówi się, że na trasie Wisły 1200 są wszystkie ich rodzaje, jakie wyprodukowano w Polsce. Może te pomiędzy miejscowościami Mażucie i Użbale pochodziły z rosyjskiego przemytu, ale były inne. Bruk z pewnością był pruski. 😁

Za Węgorzewem zaczęło się trochę przejaśniać i w tych optymistycznych okolicznościach przyrody zacząłem zbliżać się do jednego z ciekawszych odcinków na trasie.

Kanał Mazurski

Przed startem nie analizowałem trasy, po raz pierwszy odkąd startuję. Z jednej strony czułem się z tym nieswojo, jednak z drugiej ta zamierzona nieświadomość potęgowała świeżość i wyrazistość doznań. Czułem się jak pies na wycieczce w nowym miejscu (wiem, możemy tylko domyślać się, jak czuje się w takie sytuacji pies 😀). Wszystko było nowe, ciekawe, niepowtarzalne. Każde doznanie było bezprecedensowe, wyjątkowe.

Na ultra to pogoda rozdaje najważniejsze karty. Być może z powodu nagłego rozpogodzenia, pewnie również w związku z dobrą, codzienną regeneracją i co z tego wynika brakiem zmęczenia typu „zombie”, 👹 przejechałem przez most kolejowy na 1131. km trasy z bananem na twarzy (ten z tylnej kieszonki już zasilał moje silniki 😎). Co więcej, kiedy zjechałem na singiel wzdłuż kanału, zacząłem bawić się jak dziecko. Uśmiech nie schodził mi z twarzy ani na chwilę.

Kiedy już po wyścigu usłyszałem od innych, że był to jeden z najbardziej znienawidzonych odcinków Wschodu uświadomiłem sobie w jak dużym stopniu postrzeganie rzeczywistości zależy od naszego stanu psycho-fizycznego. Poza tym ja naprawdę uważam, że gravel nie służy tylko do jeżdżenia po asfalcie i gładkim szutrze.

Doping na resztę dnia

Dla potwierdzenia, że życie jest piękne, a brać bikepackingowa jest fajna i pozytywna, Kamila Przepieść przygotowała „Wschód doping”, czyli samoobsługowy pit-stop na 1141. km, w miejscowości Rydzówka. Bufet oferował m.in. pieczywo, miód, soki, wodę, owoce i dobre słowo dla zawodników. Kamila – dzięki! 🤩 Tego mi było trzeba, aby oprócz skorzystania z walorów uczty duchowej, dosypać coś do pieca. 😉

Jechaliśmy więc w turystycznym tempie, na przemian moknąc i schnąc. Raz było ciepło, raz odczuwalnie chłodno. W końcu zawiesiłem wiatrówkę na tułowiu, aby uniknąć zwijania jej i rozwijania co chwilę. Wciąż było pięknie.

 

Naprawdę pięknie miało się dopiero zrobić. Jechałem wtedy po gliniastych drogach, mając za sobą ciemny, burzowy front. Wiedziałem, że wcześniej, czy później przegram tem wyścig… ale zaraz, przecież nie ścigałem się. Zamiast tego co raz spoglądałem za siebie i rozglądałem się na boki. Nie w poszukiwaniu schronienia, ale podziwiając spektakl świateł i cieni, kolorów i blasków, jaki rozpoczynał się na niebie. Co prawda zrobiłem kilka zdjęć, ale te nie do końca oddają ogrom zjawiska i jego urok.

W którymś miejscu natrafiłem na kamper Łukasza Marksa, który szykował się właśnie do swojej reporterskiej pracy. Zamieniliśmy kilka słów a ja wykorzystałem jego obecność, prosząc go o zdjęcie na tle burzowego nieba.

Bociania wioska

Tego dnia nie natrafiliśmy na żadną sensowną knajpę, poza ofertą hamburgerów i frytek w Sępopolu. Dlatego jak prawdziwi bikepackerzy, zrobiliśmy zakupy i znajdując na trasie wiatę, urządziliśmy z warzywną ucztę. Leon dodatkowo wspomógł się mielonką z puszki. Chciało się żyć, dlatego ruszyliśmy wzdłuż granicy (nowość! 😂). Pogoda współpracowała a jedyną mokrą częścią ciała były stopy. Celem były okolice Braniewa, ale… kiedy dotarliśmy (znowu osobno) do bocianiej wioski Żywkowo, ja zacząłem podziwiać tamtejszy bufet (to już kolejna, oddolna inicjatywa) i nawet przeszło mi przez myśl, aby lecieć longiem na metę. Jednak Leon, który jak się okazało wykorzystał swoją kilkuminutową przewagę na rekonesans okolicy, skutecznie wybił mi ten pomysł z głowy, znajdując wspaniałe miejsce na postój. Terra Natangia to agroturystyka prowadzona przez absolutnie pozytywnych ludzi, Alicję i Guillaume’a. Koniecznie zobacz niedługo relację na YouTube, aby poznać ich na filmie.

Dla mnie miał być to przystanek na drodze na metę. Leon od razu zdecydował, że zostaje, dzierżąc w dłoni kufel chmielowego izotonika, co było absolutnie spójne z logo na jego stroju. Siedząc przy kominku czekaliśmy spokojnie na pyszną pizze, gdy Leon zapytał, czy naprawdę chcę jechać na metę.
Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że wciąż zastanawiam się. I wtedy usłyszałem, jak ściana deszczu za oknem stanowczo mówi mi: „Zostań, źle ci tutaj, gdzie jesteś?”

Jak to mówią, z naturą nie wygrasz. Posłuchałem się. Była 18:30 i piwo smakowało wybornie.

"Pomorska 185-tka"

Terra Natangia okazała się być iście magicznym miejscem. Kładąc się spać braliśmy udział we Wschód 2021. Kiedy po śniadaniu ruszyliśmy w trasę okazało się, że przez noc cofnęliśmy się w czasie o 14 miesięcy i jedziemy trasą Pomorska 500w jej pierwszej, naprawdę mokrej i błotnistej edycji. Tak właśnie czuliśmy się z Leonem i Dominikiem, przynajmniej przez jakieś 50 km. 🙂
Później zrobiło się już łatwiej, jednak nie mniej mokro. Ponieważ byliśmy wyspani, betonowe płyty i leśne błotka wciąż nie zdejmowały nam uśmiechów z twarzy. Wręcz przeciwnie, bawiliśmy się przednio, kiedy Dominik hamował butami podczas zjazdów, jako że Wschód zjadł mu już klocki hamulcowe na śniadanie. 
Nasze śniadanie, które przygotowała Pani Alicja, było pyszne i pożywne. Kanapki, również od Pani Alicji, były jeszcze pyszniejsze, kiedy nieco przemarznięci i mocno przemoczeni przedzieraliśmy się w stronę Fromborka, w którym Kopernik spędził kawał życia. Uczciliśmy ten fakt obfitą wyżerką w lokalnej restauracji.

Opady były tyle intensywne, co bardzo lokalne. Leon jak zwykle wyruszył chwilę (dosłownie kilka minut) wcześniej i po dziesięciu kilometrach okazało się, że ja jestem cały mokry, a on nie zaznał więcej niż kilku kropel deszczu. Jak to w życiu, warto być w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. 😉

Ostatnia prosta

Po minięciu Wysoczyzny Elbląskiej pozostała nam ostatnia setka do mety. Płaska, wiodąca przez Żuławy trasa, spowalniała dziurami w asfalcie lub kilometrami bruku lub płyt. Były tez odcinki terenowe. Padało, ale przelotnie i nie na tyle intensywnie, by rozmyć trasę pod kołami. Mijaliśmy kolejne zwodzone mosty, zbliżając się do Stoczni Cesarskiej.

Mimo siedmiu dni w siodle, jeszcze zanim dojechaliśmy do mety, już żałowaliśmy, że to koniec. Z jednej strony zmęczenie (nie znużenie), z drugiej radość z osiągnięcia celu.

Kiedy Olek Pachulski przybijał piątkę i gratulował, wiedziałem, że kończy się jedna z ciekawszych rowerowych przygód w moim życiu. Podobnie czułem się chyba jedynie pierwszy raz na Wiśle, a wcześniej 26 lat temu, kiedy dojechałem rowerem na Węgry. Tym razem jednak przeżywałem przygodę świadomie i uważnie.

Co zagrało

Co bym poprawił?

Cała reszta zagrała idealnie. A, no oczywiście pojechałbym jeszcze raz!

Zobacz na Stravie

Dzień 4

Dzień 5

Dzień 6

Dzień 7

Podobał Ci się artykuł? Dodaj swoją ocenę!

Kliknij, aby ocenić

Średnia ocena 5 / 5. Liczba głosów 1

Dodaj pierwszą ocenę!

Dodaj komentarz

7 komentarzy

Piotr Wierzbowski 22 września 2021 - 20:08

Zostaw swój komentarz. Z przyjemnością odpowiem na niego. 🙂

Odpowiedz
Tomasz 27 września 2021 - 20:28

Super wspomnienia. Świetne zdjęcia, ale na takie trzeba mieć ten czas, z którym się nie ścigasz.
Do zobaczenia na kolejnych imprezach.

PS. a jak kurtka JMP, którą miał Leon? Nadaje się na deszcz?

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 28 września 2021 - 15:24

Tomku, dzięki za komentarz. Leon chwali kurtkę. Mi tez się podoba. 🙂
Do zobaczenia! 👍

Odpowiedz
Adam 28 września 2021 - 20:34

Czekałem, czekałem i się doczekałem na część drugą….. PRZYJACIELU!!! I chociaż się osobiście nie znamy, słowo Przyjaciel nie jest w tym miejscu nawet najmniejszym nadużyciem czy przesadą… Myślę, że mnie doskonale rozumiesz. Bo jakże bliska jest mi ta narracja relacji, to ilustrowanie słowami, opisywanie zdjęciami, doprawianie do smaku przemyśleniami i refleksją….Współczuje każdemu, którego ten opis PRZYGODY nie ujął i nie urzekł, komu nie było dane osiągnąć czy wykształcić odpowiedniego poziomu wrażliwości…
Mnie zachwyca i hipnotyzuje… Chcę więcej….
Mógłbyś przejechać Piotrze jeszcze w tym roku jakiś ultramaraton (najlepiej dwa, albo trzy) i go opisać, załączyć kilka fotek i przemyśleń….(Zdjęcia robisz telefonem?!? Jakim?? Są super!)
Pozdrawiam! Trzymaj się! HEJ!!!!!

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 28 września 2021 - 21:36

Adamie, wielkie dzięki za tak miłą opinię. Cieszę się, że nie tylko ja czuję to, co czuję. Gravel, czy bikepacking urzeka!

Więcej ultra w tym roku nie będzie, ale będą „prywatne” wycieczki. Będą więc relacje! 🙂

Zdjęcia robię telefonem, iPhonem 12. Dla wygody kupiłem go w wersji mini, zmieści się w każdą kieszeń. 😀 Mam też pewną ścieżkę katalogowania i delikatnej obróbki zdjęć, więc chętnie napiszę o tym oddzielny artykuł.

Odpowiedz
Pablo 30 września 2021 - 09:51

Hej Piotr.
Bardzo ciekawe zdjęcia i opis.
Miło się czyta gdy piszesz, że jazda sprawia przyjemność i mijanie kolejnych kilometrów tylko zgłębia poczucie zadowolenia. Mam dokładnie tak samo i za to lubię wszelkiego rodzaju rajdy/ultra/wycieczki.
Co mnie urzeka zawsze i wszędzie, to lokalne sklepiki, które często przenoszą mnie w inny czaso-wymiar. I dosłowne i mentalnie. Pod-sklepowi bywalcy i z nimi rozmowy. Panie za ladą które często patrzą na ciebie jak na kosmitę ale w zdecydowanej większości z uśmiechem i zaciekawieniem 🙂 Jako człowiek z dużego miasta zawsze uświadamiam sobie, że życie może biec inaczej, wolniej. Nie oceniam czy to lepiej czy gorzej, ale że można inaczej.
Liczę, że do zobaczenia gdzieś na trasie jakiegoś kolejnego radu 🙂
Wszystkiego dobrego.

Odpowiedz
Piotr Wierzbowski 8 października 2021 - 09:25

Pablo,
dziękuję za piękne spostrzeżenie. Istotnie, w przydrożnych sklepikach jest (często ukryte) piękno. W ostatniej podróży doszły do tego zestawienia sklepy obwoźne (teraz powiedzielibyśmy mobilne 😎). I właśnie kontakt ze sprzedawcami i stałymi klientami 😉 wokół sklepu nadaje kolejny wymiar takiej podróży.
Do zobaczenia!

Odpowiedz

You may also like