Jesioniki – szutrowy „Wielki Wododział” [wideo]

autor: Piotr Wierzbowski
4
(4)

W dobrej wyprawie gravelowej powinno zaistnieć kilka warunków. Przejezdna trasa, dająca poczucie flow, pogoda sprzyjająca pokonywaniu kilometrów oraz nocnej regeneracji w plenerze, czy widoki, które warto zapamiętać (lub sfotografować). Nie zapominajmy o ekipie, z którą to wszystko ma sens. W majowym bikepackingu po czeskich Jesionikach było wszystko powyższe.

Trochę teorii o Jesionikach

Jesioniki nie są byle pagórkami. Robią wrażenie nie bez przyczyny – są drugim co do wysokości pasmem górskim w Sudetach i Czechach, a jednocześnie najwyższą i najrozleglejszą grupą górską w Sudetach Wschodnich i na Morawach. Grzbietem jednego z pasm, Wysokiego Jesionika, przebiega granica Wielkiego Europejskiego Działu Wodnego, oddzielająca zlewiska Morza Bałtyckiego i Czarnego. Można więc powiedzieć, że podróżowaliśmy nie byle jakim wododziałem. Oczywiście nie do końca jest to prawda, ponieważ przecinaliśmy liczne rzeczki i górskie strumienie, ku mojej wielkiej uciesze – uwielbiam drewniane, czy kamienne mostki.

Zanim jednak poznałem te fakty, Jesioniki były dla mnie gravelowo-kultowymi „Jesenikami”, zachwalanymi przez Mambę on Bike, Michała Góździa, czy Łukasza Tawkina. Kiedy taka ekipa zaprasza na chilloutowy bikepacking, decyzja mogła być tylko jedna – ruszamy na podbój czeskich szutrostrad!

Wszystko zaczyna się jednak w Polsce, a dokładnie w Katowicach. Żeby być bardzo skrupulatnym, na katowickim Nikiszowcu.

Jedna z uliczek katowickiego Nikiszowca

Nikiszowiec to zabytkowe obecnie osiedle, powstałe w latach 1908–1919 z inicjatywy koncernu górniczo-hutniczego jako osiedle robotnicze dla górników kopalni, przemianowanej później na KWK Wieczorek. Charakteryzuje się surową architekturą, w której trzykondygnacyjne bloki mieszkalne połączono w sześć zwartych, zamkniętych kwartałów, wydzielonych przecinającymi się prostopadle ulicami. Całe osiedle jest samowystarczalne, dysponując sklepami, kawiarniami, pocztą, posterunkiem policji, szkołami, czy kościołem.

Już to miejsce jest nie lada atrakcją, jednak na dokładne zwiedzanie przyjdzie czas przy kolejnym spotkaniu. Tym razem, po solidnej pizzy, zjedzonej na Placu Wyzwolenia (czyli osiedlowym rynku), udajemy się do auta i ruszamy żwawo w kierunku czeskiej granicy.

Prawdziwy bikepacking

Od początku założyliśmy samowystarczalność w kwestii spania i wyżywienia, dlatego w torbach, oprócz materacy, hamaków, śpiworów, czy tarpów, znajduje się jedzenia na cały weekend. W bikepackingu najlepiej sprawdza się żywność liofilizowana, czyli suszona po zamrożeniu z zastosowaniem obniżonego ciśnienia. Dzięki usunięciu większości wody, jest lekka, ma mniejszą objętość i nie wymaga użycia konserwantów. Na rynku jest kilku sprawdzonych producentów, posiadających w ofercie dania mięsne i wegetariańskie, a nawet wegańskie.

Na moim wyposażeniu jest hamak i tarp od gdyńskiego Cumulusa. Dodatkowo komfort termiczny w nocy ma zapewnić śpiwór Cumulus Lite Line 300. Chłopaki mają sprzęt od Lesovika. Będzie możliwość porównania.

Dojeżdżamy do wiaty, która ma nas gościć. Ta sprawia wrażenie, jakby czekała na ekipę głodnych gravelowców. Na wyposażeniu jest palenisko z grillem, mnóstwo drewna, podpałka, papier do rozpalania, a nawet zapałki. Jest też „zlew” z bieżącą wodą ze strumienia, w którym można sterować przepływem wody. Ta funkcja przyda się nieco później, gdy po wieczornej biesiadzie udamy się na spoczynek. Część ekipy zostaje w wiacie, ja wraz z Łukaszem i Michałem udajemy się na hamakowanie. Udaje nam się nawet rozwiesić hamaki w trójkącie, więc usypiając możemy sobie jeszcze pogadać. Nigdy za mało rowerowych historii. Paradoksalnie nie rozmawiamy o sprzęcie, ale o miejscach, przeżyciach, czy planach na przyszłość.

Dobrze wyposażona wiata czeka na turystów

Ahoj przygodo!

Jest wiele definicji słowa „gravel”. Wielokrotnie słyszę stwierdzenie, że gravel to nie trasa, to styl jeżdżenia. Ponieważ nie oczekuję w życiu (również tym gravelowym) samych autostrad, skłaniam się ku powyższej filozofii. Gravel nie jest ani przedłużeniem szosy, ani substytutem mtb. Gravel ma w sobie coś, co może sprawiać trudność przy próbie zdefiniowania. Gravel to styl bycia, a może i życia.

W Jesionikach nie ma potrzeby poszukiwania filozoficznego znaczenia słowa „gravel”.

Kiedy po śniadaniu ruszamy w drogę i pokonujemy pierwsze kilometry, wszystko wydaje się być „gravelowe”. Tak bez naciągania.

Przez pierwsze 17 km jedziemy pod górę, ale nie jest to uciążliwe. Po części z powodu euforii i radości z jazdy, trochę ponieważ podjazdy nie są kąśliwe, jak chociażby na Lajkoniku. Tam trzeba walczyć mocno i krótka, po czym powtórzyć to kilkadziesiąt razy na 200-km trasie. Tutaj jedzie się pod górę, ale delikatnie. Będąc łagodnie potraktowani przez ukształtowanie terenu, nie czując zmęczenia w łydach, schodzimy od czasu do czasu z rowerów i skaczemy jak kozice, poszukując dobrego ujęcia, by wiernie oddać nastrój chwili na zdjęciu.

Bardzo pozytywne jest to, że tworzymy „fotograficzną” ekipę. Michał jest redaktorem serwisu ETNH. Dorotę znacie bardziej jako Mambę on Bike. Ja też nie mogę powstrzymać się od focenia. Reszta totalnie to akceptuje, pozując chętnie. Nikt nie ucieka, nikt nie goni, nikomu nie spieszy się. Mamy zaplanowane nieco ponad 90 km trasy, po której mamy wspiąć się 2500 m w górę. Skoro pokonałem Lajkonika z przełożeniem 1:1 (40 zębów na korbie i 40 na kasecie), jestem przekonany, że kaseta 42 wystarczy. Większość ekipy ma zakres 500%, z uzbrojoną w 50 zębów największą koronką.

Po kilkudziesięciu minutach zaczynają przydawać się najcięższe przełożenia, kiedy długie, szutrowe zjazdy zachęcają do dokręcenia. Z takiej pokusy naczęściej korzysta Marcin, który niczym kamikadze przemyka z szosową wręcz prędkością po gruboziarnistych szutrach. Raz gubi klapka, innym razem odpada mu kubek, ale technikę ma bezbłędną i nie zalicza żadnej gleby.

👇 Zobacz relację wideo z Jesioników 👇

Pit-stop Karlova Studánka

Ni to Zakopane, ni jakiś-tam-zdrój. Karlova Studánka to mała, uzdrowiskowa miejscowość centralnie w paśmie górskim Wysokiego Jesionika. Idealne miejsce na skorzystanie z dobrodziejstw cywilizacji, w postaci dobrego obiadu, zimnego piwa bezalkoholowego, gorącej kawy i słodkiego ciasta z tamtejszej kawiarni. Na tamtejszym rynku liczba rowerów nieco tylko ustępuje motocyklom. Zmotoryzowani, czy nie, miłośnicy jednośladów uznają ten kurort za cel wart odwiedzenia podczas eksploracji pięknych Jeseników.

Ceny są podobne do polskich, a przynajmniej nie zauważyłem wielkiej różnicy. W większości miejsc można płacić kartą, ale nie wszędzie. Warto mieć więc ze sobą korony, by cieszyć się smakiem zapiekanego sera, czy napić się Kofoli.

W Karlovej można napić się też wprost ze źródła. W ogólnodostępnej pijalni kilka kranów tętni zmineralizowaną wodą źródlaną. Jej smak zdradza, że teren bogaty jest w rudy żelaza, które niegdyś wydobywano na masową skalę. Co jakiś czas widzimy miejscowych, podjeżdżających z pustymi butelkami po sokach i słodkich napojach.

Kiedy jedna ekipa kończy obiad, zamieniamy się miejscami z miłośnikami ciast i ciasteczek. My idziemy ładować puste kalorie na dalszą drogę, reszta zamawia gulasze i smażone sery, uchodzące za lokalny przysmak. Cukry, czy smażyzna, posłużą w dalszej części naszego bikepackingu za paliwo.

Gravelowy roller-coaster

Niespiesznie ruszamy pod górę, by z ok. 780 m wspiąć się na prawie 900. Nie jest to najbardziej wymagający podjazd dnia, iście alpejska wspinaczka dopiero przed nami. Tak, czy inaczej, tempo jest coffee-ride’owe i zamiast zmagać się z podjazdami, zerkając w nawigacje, z każdym obrotem korby spokojnie zdobywamy wysokość. Rozmowy o tym i owym przerywane są niekiedy przez głośne ochy i achy zachwytów nad widokami. Te są tak urzekające, że ochy przybierają nieraz formę pełnych ciepła i podziwu, jednak nienadających się do gry w scrabble sformułowań.

Po drodze mijamy niewielką liczbę turystów. Jeśli już, to raczej mieszkańcy pobliskich miejscowości, na spacerze z rodzinami. Boczne szutry, pomimo odczuwalnego pofałdowania terenu, stanowią miejsce rowerowych wycieczek kilku pokoleń. Napotykamy rodziny z dziećmi, ale nie brakuje jeźdźców po pięćdziesiątce. Wszyscy życzliwie wymieniamy się szybkim „ahoj”.

Oprócz tras dla biegaczy, rowerów, czy biegówek, w okolicy mijamy mnóstwo wyciągów narciarskich. Nie wbijamy się do kurortów, ale jadąc szczytami widzimy zagospodarowane stoki narciarskie. Jesioniki tętnią życiem nie tylko w sezonie letnim.

PODOBA CI SIĘ? DAJ ZNAĆ INNYM 👇
Facebook
Email
WhatsApp
DZIĘKUJĘ! 👍

Alpejskie gravelowe złoto

Meandrujemy, podążając to w górę, to spadając z bananami na twarzach. Po każdym takim zjeździe zatrzymujemy się i wymieniamy opiniami, które sprowadzają się do wypowiadanego przez każdego uczestnika eskapady słowa „zajebiście!”. Na około 10 km przed punktem docelowym trasa wiedzie już tylko ku górze, a dokładnie ku szczytowi Dlouhé stráně. Będąc na wysokości 763 m n.p.m., rozpoczynamy wspinaczkę do poziomu 1353 m n.p.m. Pomimo produkowanych watów, czuć ochłodzenie. Na niebie pojawiają się chmury, ale to głównie przyrost wysokości wymusza zarzucenie rękawków. 

Na szczyt docieramy w grupkach, jednak w niewielkich odstępach. Wszystko jest dla mnie nowe, więc ciągle staję, rozglądam się, robię zdjęcia. Jednak nawet stali bywalcy Jesioników wyrażają swój zachwyt nad widokami, naciągając jednocześnie puchówki i rękawiczki.

Na szczycie Dlouhé stráně znajduje się sztuczny zbiornik wodny, będący elementem jednego z siedmiu cudów Republiki Czeskiej, czyli elektrowni szczytowo-pompowej. Ten największy w Czechach tego rodzaju obiekt, dostępny jest dla turystów, z czego korzystamy, kręcąc kółka wokół owalnego zbiornika. 

Patrząc na południe, widzimy najwyższy szczyt Jesioników, Śląska Czeskiego, Górnego Śląska i Moraw, czyli Pradziad. To piąta najwyższa góra Czech, z charakterystyczną wieżą telewizyjną. 👇

Fot. Michał Góźdź/ETNH

Polsko-czeskie ognisko

Ze szczytu spoglądamy w dół, ku naszemu noclegowi. Widzimy, że z pobliża drewnianego domku dla turystów unosi się dym. Nie będziemy więc sami, ale jak się wkrótce okaże, ten przybytek pomieści z łatwością nie tylko naszą siódemkę, ale też czeskich turystów. Kiedy zjeżdżamy po wodę ze strumienia, do domku zmierzają piesi miłośnicy górskich widoków. 

Woda nie tylko jest dostepna, ale na wbitych w drewnianą balustradę gwoździach wiszą emaliowane kubki, aby podróżni mogli wygodnie ugasić pragnienie.

Już prawie z górki

Niedziela budzi nas rozłożonych w domku lub wokół niego. Pierwszy wstaje Michał, zgarnia osuszone poprzedniego wieczora bidony i niczym wielbłąd udaje się przez chłodne mgły kilkaset metrów w dół, ku ujęciu wody. My wstajemy już na gotowe. Niespiesznie gromadzimy się przy stole, zalewamy śniadania wrzątkiem i wspominamy atrakcje minionego dnia. Pomimo chłodnej nocy i odczuciu zimna spotęgowanego wysokością, jest dobrze. Chatka robi robotę, osłaniając podróżnych od wiatru i wilgoci. Powoli pakujemy się i ubieramy, by nie zmarznąć na kilkukilometrowym zjeździe w kierunku kurortu narciarskiego Kouty nad Desnou.

W niedzielę sklepy w Czechach sa zamknięte, jednak trafiamy na czynny do 10:00 bufet, w którym raczymy się śniadaniem w formie szwedzkiego stołu.

Po posiłku, okraszonym słodkościami i kawką, udajemy się (a jakże, niespiesznie) w stronę miejscowości, od której cały rejon wziął nazwę. W Jesioniku (po czesku Jeseníku) odłączymy się od zaplanowanego szutrowego śladu – niektórzy z nas mają swoje zobowiązania i musza pojawić się w niedzielny wieczór na odpowiednich stanowiskach. Trochę smutno, że odpada część widokowych serpentyn, jednak tym bardziej upewniam się, że po prostu trzeba tu wrócić. Najlepiej zebrać taką ekipę, w jakiej jedziemy i eksplorować ponownie.

Mijamy pojedyncze domostwa, malutkie wioski, ale też całkiem okazały ośrodek narciarski. Zauważamy niektóre różnice pomiędzy tym, co widzimy po drodze a polskimi realiami. Najbardziej rzuca się w oczy brak reklam i banerów. Nawet knajpy mają po prostu wymalowane na elewacji nazwy, bez zbędnych ozdobników i potykaczy przed wejściem. Trafiamy również na słup oświetleniowy, wyposażony w sprężarkę, klucze i stojak na rowery. Miejsce prawie odludne, a sprzęt nie tylko działa, ale zasilany jest energią słoneczną.

Fot. Michał Góźdź/ETNH

Ostatni podjazd

Na koniec pozostaje nam ostatnia wisienka na torcie, czyli 7-kilometrowy podjazd do miejscowości Rejvíz. Po zdobyciu prawie 400 metrów w górę raczymy się ponownie w miejscowym bistro, co i tak zamierzamy powtórzyć po ostatnim, przepięknym zjeździe do Złotych Gór (Zlaté Hory).