Brejdak po godzinach – gravelowe złoto na chillu [wideo]

Oto idealna trasa na 3-dniowy bikepacking

autor: Piotr Wierzbowski
5
(2)

Brejdak jest jedną z moich ulubionych przygód, w której jednak nie mogę wziąć udziału. Postanowiłem więc zorganizować trzydniową ustawkę, aby cieszyć się tą trasą niekoniecznie w samotności. Jak sprawdzi się formuła ustawki na tak długiej trasie?

Brejdakowy Frankenstein

Nie martwcie się, nie będzie strasznie. Wręcz przeciwnie. Zamysł na trasę „Brejdaka po godzinach” był prosty – wycisnąć z dotychczasowych edycji tyle radości, ile tylko można. Słowo „kompilacja” pasuje więc tutaj jak ulał – planowany ślad składa się z fragmentów pięciu tras połączonych w taki sposób, by utworzyć jedną, 500-kilometrową pętlę.

W ramach tego nie-eksperymentu, Lublin staje się punktem zbornym. Tu mamy spotkać się, aby wyruszyć w pierwszy etap. Wraz z Leonem docieramy więc w przeddzień startu do stolicy województwa. On z Rzeszowa, ja z Trójmiasta. Tradycyjnie mam dalej, nawet na własną ustawkę. 😄 Nieco później w hotelu zjawia się Michał z Warszawy.  Prawdziwie ogólnopolska reprezentacja!

Nazajutrz, po dobrym, pożywnym śniadaniu, udajemy się nad Zalew Zemborzycki, by przekonać się, czy dalej mamy jechać w tym wąskim gronie, czy jednak w towarzystwie. Już po drodze na start łapiemy się z Martą i Maćkiem. Na miejscu czekają kolejni reprezentanci… Pomorza! Chrystian i Darek są gośćmi trójmiejskich ustawek #CoffeeWanoga, ale tym razem postanawiają przejechać prawie całą Polskę, by zasmakować gravelowego cebularza. Kiedy dołącza do nas Łukasz, w 6-osobowym składzie ruszamy ku przygodzie.

 

6-2+1 = jedziemy dalej

Marta (z całą rodziną) wyjeżdżają nazajutrz na swoje rowerowe wakacje w Portugalii, więc zwyciężczyni tegorocznej edycji Brejdaka 600 opuszcza nasze grono po kilkunastu kilometrach. To było planowane. W całkowicie nieplanowanych jednak okolicznościach swojego towarzystwa pozbawia nas Maciek. Po niespełna dwóch godzinach wspólnej przygody kładzie się w niekontrolowany sposób na polnej drodze i za nic nie chce jechać dalej. Jak ma się nieco później okazać w szpitalu, nie symuluje. Ze złamaną nogą trudno jechać (zobacz wideo).

Niesamowite, w jaki banalny sposób można zmienić swój status z „w pełni sprawny” na „niesprawny przez kilka miesięcy”. Pozostawiając Maćka pod opieką ratowników medycznych uświadamiamy sobie, jak ulotne jest zdrowie. Nie zraża nas to jednak i wciąż wierzymy, że bilans strat i zysków w tym, co robimy, jest korzystny.

Dlaczego +1 w równaniu? O tym za chwilę. 😎

👇 Zobacz film z tego weekendowego przejazdu 👇

Dwa kapcie, Chmielaki i piękno Roztocza

Zanim zameldujemy się w Krasnymstawie, musimy zaszyć spore rozdarcie w oponie Łukasza i kilkukrotnie poderwać drona, aby móc podziwiać piękno Roztocza z lotu ptaka. Wczesnym popołudniem docieramy jednak do stolicy Chmielaków, aby zasiąść do porządnego obiadu, zanim udamy się w stronę Zwierzyńca. Ten jest naszym celem podróży tego dnia.

Niedaleko za Krasnymstawem dołącza do nas Marcin, znany większości z Was jako Wagabundowy. W takim zespole żwawo przemieszczamy się przez coraz bardziej pofalowane krajobrazy Zamojszczyzny. Słońce chylące się ku horyzontowi oblewa wszechobecne pola ciepłym światłem, podkreślając piękno wokół nas.

Do Zwierzyńca docieramy już po zmierzchu, jednak na tyle wcześnie, by zasiąść w knajpie na zasłużoną kolację.

Podoba Ci się ten artykuł? Podziel się z innymi.

Już w sprzedaży
Zarezerwuj swoje miejsce w tej ultra-przygodzie
Lubiane i praktyczne czapeczki Rezerwat Przygody by Runo
Lekkie, przewiewne, wyprodukowane przez Runo

Janów Lubelski - start meta baza Brejdaka

Celem drugiego dnia jest baza Brejdak, czyli Janów Lubelski. W Zwierzyńcu dołącza do nas Piotr z Zamościa. Jest nie tylko lokalsem, ale też finisherem tegorocznej edycji Brejdaka. Będzie nam towarzyszyć w wędrówce po najtrudniejszym kondycyjnie odcinku przez Roztocze Środkowe. To właśnie tutaj zmierzymy się z podjazdami wokół Roztoczańskiego Parku Narodowego. 

Ale zanim to nastąpi, stajemy na pyszne śniadanie u Pani Gosi w Górecku Starym.

Niestraszne są nam ani znaki ostrzegawcze wywieszone przez nadleśnictwa, ani fronty burzowe goniące nas tego popołudnia. Bliskie spotkanie z burzą unikamy na stacji koło Biłgoraja. Przez godzinę uszczuplamy zasoby ciepłych przekąsek narodowego przybytku.

Janów Lubelski wita nas o zmroku jak na „prawdziwym” Brejdaku – imprezą na całego. Nad tamtejszym zalewem w każdą sobotę wakacji odbywają się koncert i dyskoteka, połączone z masową obecnością młodszej części lokalnej społeczności. Jest klimat – kto był na Brejdaku, wie o czym piszę. 😎

Bilans osobowy drugiego dnia: +2 (Piotr i Lucek, którzy dołączyli do nas na jeden dzień) i -1 (Leon z powodów zawodowych musi wracać do Rzeszowa, bez związku z janowską imprezą 😄). 

Pierwsze krople deszczu nadają i tak malowniczej trasie dodatkowe piękno. Jeździłem tą drogą wiele razy, ale taką chwilę utrwaliłem po raz pierwszy.

👇 Te artykuły mogą Cię zainteresować 👇

Dzień trzeci, najdłuższy

Uwielbiam zatrzymywać się w Janowie Lubelskim. Niegdyś była to dla mnie kolejna niewielka miejscowość na mapie Polski. Ale odkąd zacząłem odkrywać piękno Lubelszczyzny (i sąsiadującego  z nią Podkarpacia) na rowerze, wszystko się zmieniło. To właśnie robi rower. Sprawia, że zwykłe rzeczy można zobaczyć z innej perspektywy. Las nie jest już lasem, ale gravelowym rajem. Janów jawi się jako przyjazna baza ultramaratonu, który stworzyłem tuż po Wanodze.

Jako, że natura nie lubi próżni (przynajmniej w naszej atmosferze), trzeciego dnia o poranku zjawili się również zaprzyjaźnieni członkowie zaklikowskiego klubu „4 pory roku”. Kończących w Janowie brejdakową przygodę Chrystiana i Darka  zastąpiło dwóch Pawłów. Ponownie ruszyliśmy, tym razem w ostatni dzień naszej podróży. 

Dzień trzeci stał pod znakiem Lasów Janowskich oraz nadwiślańskich sadów. Nad Opolem Lubelskim mieliśmy odbić z trasy na Lublin, ale jadąc faktycznym śladem Brejdaka mielibyśmy przed sobą ponad 200 km ciągnących się sadów. Jabłka, porzeczki, maliny, gruszki… na co tylko masz ochotę. Oczywiście wszystko można kupić wprost od gospodarzy.

Jeszcze w Lasach Janowskich łapiemy się z Radkiem, Nikodemem i Łukaszem. Zanim docieramy do pit-stopu w Zaklikowie, nasze grono rośnie. Ale to nie koniec, wkrótce dogoni nas Michał (ten Michał, mąż Marty), który pędzi okrężną droga z Lublina, przez Zaklików.

Ostatnia prosta

Pierwotny pomysł skrócenia trasy i idania się wprost do hotelu w Lublinie (zamiast na metę nad Zalewem Zemborzyckim) porzucam, kiedy łapie mnie Marcin „Wagabundowy”, a Marta dzwoni z zaproszeniem na Jarmark Jagielloński. Ostatnie promienie słońca odprowadzają nas nad zalew, skąd po ostatniej nagrywce udajemy się z Marcinem na zasłużone piwko.

Fot. Rafał Buczek

Spacerem po Lublinie

Ponieważ mój pobyt w Lublinie wydłużył się o kilka dni, miałem okazję pokręcić się po mieście i jego okolicach. Wpadła klasyczna pętla nad Zalewem Zemborzyckim, co kiedyś wydawało mi się nie lada wyczynem, a teraz po prostu fajną pętelką. Pozostawiam Was więc z tymi obrazkami i oczywiście zapraszam brejdakowe na spotkanie w lipcu 2024.

Brejdakowy coffee-ride na Stravie

Włóczyliśmy się przez trzy dni i to chyba optymalny podział tej trasy, aby jednocześnie sporo zobaczyć i nie stresować się upływem czasu (przy niekoniecznie żwawym upływie kilometrów 😃).

Brejdak w sklepie Rezerwatu

Jeśli masz ochotę przeżyć brejdakową przygodę w lipcu 2024 w gronie kilkuset uczestników, zajrzyj do sklepu Rezerwatu. 👇